Cały tydzień była piękna pogoda, ale zgodnie z prognozami, od soboty wszystko miało się zepsuć. Tymczasem, gdy rano zwlokłem się z łóżka, przywitała mnie piękna pogoda.
Wyciągnąłem więc Jaśniemałżonkę na rower, a może to Ona wyciągnęła mnie. Nie pamiętam.
Pojechaliśmy w rejon Tkaczewskiej Góry, zobaczyć stare cmentarze Ewangelickie, na których nigdy nie była. Okazało się, że od mojej ostatniej wizyty na nich, zostały uprzątnięte i prezentują się dużo lepiej.
Wybrałem się do Łodzi, z nadzieją, że uda się wyciągnąć kolegę na rower. Jak zwykle się nie udało (jego strata), ale dzięki temu miałem okazję pojeździć w samotności, co nie zdarza mi się ostatnio zbyt często.
Złożyłem nowy rower dla Jaśniemałżonki. Zastapi przeszło piętnastokilogramowego Banshee, którym ostatnio jeździła, i który był zbyt czołgowaty na nasz starcze jeżdżenie. Dziś rano dokręciłem ostatnie śrubki, zalałem hamulce i ruszyliśmy na dziewiczą przejażdżkę nową maszyną. Ponieważ Epic posłużył jako dawca kół do Chisela, ja pojechałem gravelkiem.
Góry Izerskie rodzinnie + ze znajomymi. Dla nich była to pierwsza jazda rowerami po górach i patrząc na to jak się umęczyli, to mogła być też ostatnia.
Pierwszy w życiu rajd na orientację. Wystartowaliśmy w trzyosobowej grupie - ja z Marysią i nasz kolega. Okazało się, że stanowczo nie doceniliśmy tego, jak wiele zajmuje szukanie lampionów i zwyczajnie zabrakło nam czasu na zaliczenie wszystkich punktów. Znaleźliśmy 21 z 28, a resztę musieliśmy odpuścić, by zmieścić się w limicie czasowym.
Tereny po których przyszło nam jeździć były całkiem fajne, pogoda dopisała, ale wątpię, że zostanę fanem tego typu imprez.
Pojechaliśmy do "Enrgylandii". Tzn. pojechaliśmy do oddalonej do Zatoru o godzinę jazdy samochodem miejscowości w Beskidzie Małym, gdzie wynajęliśmy domek. Następnie Panie z dziećmi, w sobotę pojechały do "Energylandii", a ja z kolegą wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy w góry. Proste, czyż nie?
Pierwsza dyszka na luzaku, potem ostry podjazd/wypych do Gibasówki. Dalej fajnym szlakiem po grani, w kierunku Leskowca. Po postoju w schronisku zjazd do domu w strugach deszczu i wśród walących chyba całkiem blisko piorunów. Fajnie, ale wolę Sudety.
Dziś pojechaliśmy z Młodą na single.
Jaśnieżona™ nie znosi raczej tras Sinngletrack Glacensis, bo na wielu z nich nie ma wyraźnego podziału na część podjazdową i zjazdową. Zamiast długich podjazdów i następującej po nich nagrody, jest wrażenie, że cały czas się podjeżdża, a potem jest koniec :)
Trochę ją rozumiem, ale z drugiej strony trasy są łatwe i raczej bezpieczne, więc w sam raz dla naszej niskopiennej góralki, zwanej potocznie córką.
Na tapetę poszła pętla Pod Śnieżnikiem i Ostoja.
Młodzież zaczęła jazdę z fochem, bo całą drogę dojazdową w aucie spędziła w telefonie i w efekcie, na górskich serpentynach zaliczyła ostrą chorobę lokomocyjną i rzyganko.
Wraz z upływem czasu i kilometrów, nastrój jednak się poprawiał i radziła sobie świetnie. Jaśnieżona™ weszła natomiast w tryb podjazdowy i mieliła wszystkie podjazdy o nachyleniu powyżej 1% na przełożeniu 22/51. W efekcie musieliśmy z Bejborem czekać na Nią dość długo na zakończeniu każdego podjazdu.
Finał był w Międzygórzu. Tradycyjnie w pizzerii "Wilczy Dół".
Po długiej przerwie wracam na bikestats'a.
W życiu ostanio działo się wiele dużych rzeczy i nie za bardzo była okazja by myśleć o blogu. W związku z tym w 2014r. skasowałem swoje konto, bo i tak na nie nawet nie zaglądałem. Zauważyłem jednak, że brakuje mi tej odrobiny rowerowego ekshibicjonizmu i że bez tego kołaczącego się po głowie zdanka: "Będzie fajny wpis", trudno skłonić się nieraz do wymyślenia ciekawej trasy, do zrobienia podczas wycieczki zdjęcia, czy w ogóle do wyjścia na rower.
Teraz pomału odtwarzam zawartość bloga z zapisanego kiedyś pliku csv (trochę się wpisów przez 8 lat uzbierało) i mam nadzieję, że będę miał tez okazję dodawać nowe wycieczki bo chciałbym bardzo wrócić do rowerowania :)