Wpisy archiwalne w kategorii

Pogórze Kaczawskie

Dystans całkowity:122.05 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:07:53
Średnia prędkość:12.75 km/h
Maksymalna prędkość:54.20 km/h
Suma podjazdów:1589 m
Suma kalorii:4202 kcal
Liczba aktywności:3
Średnio na aktywność:40.68 km i 3h 56m
Więcej statystyk

Szlak Wygasłych Wulkanów 2/2

Niedziela, 2 sierpnia 2026 · Komentarze(0)
Uczestnicy
Drugi dzień na Szlaku Wygasłych Wulkanów. Zaczęliśmy go od opuszczenia szlaku - zamiast wspinać się żółtym na WIelisławkę (co oznaczałoby pewnie wpychanie rowerów), wjechaliśmy szuterkiem w rejon Gozdna, a potem singletrackiem (trasa "Gozdno 1") wspięliśmy się na Zawodną. 
Między Sędziszową a Gozdnem


Dziś widoczność była znacznie lepsza, więc podczas podjazdu mieliśmy widoki na Karkonosze (choć akurat na powyższym zdjęciu średnio je widać), a z wieży widokowej na Zawodnej też było na co popatrzeć. 
Widok na Ostrzycę z wieży widokowej na Zawodnej
Z Zawodnej zjechaliśmy kawałek singlem, a potem opuściliśmy go, by zjechać do Gozdna. Tu mały zonk, bo na mapie była droga, a w rzeczywistości władowaliśmy się na pole. Ostatecznie jednak po chwili przedzierania się przez krzaki i kawałkuj pchania, znaleźliśmy się tam gdzie trzeba. 
Według mapy tu powinna być droga

Rowerzysta na polu

W Godznie Jaśnieżona się zgubiła - została w tyle na podjeździe i zamiast skręcić w szlak, pojechała asfaltem do Świerzawy, czyli prawie wróciła, do miejsca, z którego dziś rano ruszyliśmy. Wymusiło to małą zmianę planów i zjazd trasą "Pod Grzybkami" i "Dwa Wąwozy" aż do Rzeszówka. Tragedii nie było, bo i tak rozważałem taką wersję trasy. 
Droga prowadząca na wzgórze z wieżą

W Rzeszówku zostaliśmy poczęstowani przez staruszkę papierówkami. Było to bardzo sympatyczne, zwłaszcza, że zwróciła się do nas per "młodzi ludzie". Ponieważ średnia wieku naszej radosnej gromadki wynosiła 42 lata (Jasniemałżonka zaniżyła), to byłem tymi słowami mile połechtany :)
Z Rzeszówka dotoczyliśmy się do Kondratówka, gdzie wróciliśmy na żółty szlak i gdzie grupka znów się podzieliła - Jasniemałżonka, uznała że ma dość i postanowiła wrócić do Złotoryi po auto a ja z M. już teraz w stricte męskim gronie pojechaliśmy dalej szlakiem. 

Koło wsi Pomocne, w rejonie Czartowskiej szlak nam praktycznie zniknął, więc znów było pchane.
Żółty szlak między Pomocnem a Czartowską Skałą

Czartowska Skała

Kawałek za Czartowską Skałą, w Myślinowie znów opuściliśmy żółty szlak, by przejechać cały Wąwóz Myśliborski. Czarny szlak wzdłuż potoku był to chyba jednym z fajniejszych odcinków trasy, choć po ostatnich deszczach był miejscami mocno pozarastany przez jeżyny i przebycie go utoczyło nam trochę krwi.  
Czarny szlak w Wąwozie Myśliborskim

Na czarnym szlaku w Wąwozie Myśliborskim

W Myśliborzu spotkaliśmy się z Jasniemałżonką, która podjechała tu autem ze Złotoryi i podjęliśmy decyzję o odpuszczeniu sobie dalszej części szlaku - zrobiło się trochę późno, a przed nami był jeszcze spory kawałek autem (zwłaszcza przed M, który musiał wrócić aż za Warszawę).
Wrzuciliśmy rowery na bagażnik i podjechaliśmy jeszcze na obiad w Black Horse Bar & Grill, który mijaliśmy jakiś czas wcześniej jadąc na rowerach. 

Szlak Wygasłych Wulkanów 1/2

Sobota, 1 sierpnia 2026 · Komentarze(0)
Z Jaśniemałżonką™ (której konto ostatnio zniknęło z BS) i kolegą jeszcze z czasów liceum wybraliśmy sią na objazd Szalku Wygasłych Wulkanów. Prowadzi on ze Złotoryi do Legnickiego Pola. My planowaliśmy zrobić z niego pętlę z początkiem i końcem w Złotoryi oraz nie trzymać się go zbyt ściśle w miejscach, gdzie robił się niezbyt przyjazny rowerom, albo tam, gdzie byłą w okolicy ciekawsza trasa. 
Prognozy na weekend (zwłaszcza na sobotę) były dość niepewne, ale kwatera była już opłacona, kolega miał zgodę swej żony, Bejbor wysłany na kolonie, więc nie można było niczego przekładać. 

Bród na rzece Skora w Wojcieszynie


Pierwszy postój wypadł w Uniejowicach, w prywatnym Muzeum Armii Czerwonej i Wojska Polskiego Uniejowicach. Miejsce lata swojej świetności ma ewidentnie już dawno za sobą, ale mimo wszytko jest niezłą ciekawostką. 
W Muzeum Armii Czerwonej i Wojska Polskiego Uniejowicach

Potem były ruiny folwarku koło zamku Grodziec...

Ruiny folwarku
... i wreszcie sam zamek. (i pierwszy wulkan, a właściwie nek wulkaniczny na trasie)
Zamek Grodziec
Za zamkiem piękna na początku pogoda zaczęła się psuć, więc "mocniej" wdepnęliśmy w pedały i pojechaliśmy w stronę Ostrzycy, czyli "wulkanu" numer dwa.
Gdzieś na Szlaku Wygasłych Wulkanów

Stary wiadukt kolejowy koło Nowej Wsi Grodziskiej

Zatrzymaliśmy się tylko na chwilę w Twardocicach, by zobaczyć ruiny kościoła szwenkfeldystów, a do tego był tu otwarty sklep, gdzie mogliśmy uzupełnić napoje i coś zjeść. 
Ruiny kościoła szwenkfeldystów w Twardocicach
Kawałek przed Ostrzycą złapał na deszcz. Całe szczęście góra jest zalesiona, więc nie przemokliśmy kompletnie. Wjechaliśmy na górę ścieżką powstałą w ramach projektu Kaczawskie Single Tracki. Z powodu deszczu i kiepskiej widoczności darowaliśmy sobie targanie rowerów na sam szczyt, tylko zjechaliśmy na dół (również singlami).
Zamglone Góry Kaczawskie
Potem znów wróciliśmy na szlak i dojechaliśmy nim do Sędziszowej, gdzie zjedliśmy wyśmienity obiad w Młynie Wielisław. Po jedzeniu jeszcze uzupełnienie napojów na stacji benzynowej i dojazd do agroturystyki na nocleg. 

Nad Bobrem

Poniedziałek, 21 sierpnia 2017 · Komentarze(1)
Zachęceni sukcesem wypadu na Jurę, postanowiliśmy spróbować szczęścia z Dolnym Śląskiem. 
Nie chcieliśmy wybierać się w góry, bo z przyczepką oglądalibyśmy je i tak tylko z dołu. Rozważaliśmy Park Krajobrazowy "Chełmy", ale nie udało się znaleźć pasującej nam kwatery. Wtedy przypomniałem sobie o wypatrzonym przy okazji zeszłorocznej wizyty na Zaporze Pilchowicekiej  "Tartaku" u jej podnóża.
Kilka maili i kilkaset kilometrów później byliśmy w malowniczej dolinie Bobru. 




Pierwsza wycieczka miała być z grubsza dookoła Jeziora Pilchowickiego, a może dalej, wzdłuż brzegu Jezior Wrzeszczyńskiego i Modrego, aż do Jeleniej Góry.
 Dojechaliśmy do punktu widokowego Mostek Kapitański, a potem żółtym szlakiem puściliśmy się w dół do doliny Kamienicy. 
Szlak był piękny, ale niekoniecznie przystosowany do jazdy po nim przyczepką ze śpiącym Bejborem (Młodzież usnęła gdzieś za wsią Pokrzywnik). W efekcie odcinek niecałego kilometra pokonywaliśmy chyba ponad godzinę (jak nie lepiej) - przenoszenie przyczepki, powrót po rowery i od nowa.  











Ostatecznie jednak jakoś dotarliśmy do zapory we Wrzeszczynie i szlakiem po północnej stronie Jeziora Wrzeszczyńskiego pojechaliśmy do Siedlęcina. Na tym etapie jasnym stało się, że na Jelenią Górę szans nie ma - Bejbor wyraźnie protestował, a i czasu mogłoby nie starczyć. Zwłaszcza, że po drodze trafiła się jeszcze guma w przyczepce. 



W związku z tym, po uzupełnieniu zapasów wody i wałówki w lokalnym sklepie, wróciliśmy asfaltem z powrotem do Pilchowic,
oo drodze zaliczając postój przy pięknie położonym wiaduktem na nieczynnej niestety linii nr 283.







Wieczorkiem zerknięcie na zaporę, odległą od Tartaku o rzut beretem.