Źle się dzieje w państwie duńskim

Niedziela, 4 lipca 2010 · Komentarze(0)
Miało być pięknie wyszło... hmm.. Marysia powie, że chusteczkowo, ja powiem, że średnio. Ale nie uprzedzajmy faktów.
Rano wymyśliłem, że możemy samochodem pojechać w świat i poznać trasy rowerowe na Górze Kamieńsk.
Problemy zaczęły się już na samym początku: nigdzie nie mogłem znaleźć prawa jazdy, ale no problem, pojedzie Marysia.
Potem okazało się, że mój widelec nie za bardzo chce ożenić się z bagażnikiem dachowym. Trudno - podróż odbędzie na tylnym siedzeniu.
Po dosyć nerwowym wstępie, podróż minęła bez przygód (tylko zapomnieliśmy kupić picie - błąd! Wielki błąd!) i po jakimś czasie złożyłem graty na parkingu pod dolną stacją wyciągu krzesełkowego. Pomału zbierała się tam już grupka rowerzystów z trochę większym skokiem, którzy mieli zamiar pośmigać po trasce zjazdowej. Dla nas były jednak inne rozrywki, a i na górę planowaliśmy wjechać o własnych siłach. W skrócie: wjechaliśmy dwa razy zjechaliśmy raz, na południową stronę objechaliśmy znaczną część góry, powalczyliśmy z piachem po kostki i w końcu niemiłosiernie spaleni słońcem i wymęczeni upałem (ten brak picia...) postanowiliśmy zjechać do restauracji przy wyciągu i się nażłopać. Po drodze na dół, na pierwszym ciekawszym odcinku dzisiejszego dnia, przy próbie wyjechania z koleiny, która dość gwałtownie zaczęła robić się głęboka, zaliczyłem glebę. Nawierzchnia to było zaschnięte na beton błoto pokryte cienką warstwą luźnego piachu. Przy 35 km/h przednie koło ujechało mi w bok, a ja zaliczyłem dosyć efektowny lot przez kierownicę połączony z fikołkiem. Trzepnąłem dzięki bogu nie za mocno i zaraz wstałem (głowa tylko musnęła glebę), ale niestety nie obyło się bez strat w ludziach i sprzęcie.
Po tym niemiłym przerywniku nad wyraz ostrożnie doturlaliśmy się do samochodu, zebraliśmy graty i z podwiniętym ogonem pojechaliśmy do domu. Pokonała mnie górka o wysokości 386mnpm. Wstyd :)

Wiem, wiem.. bezczelnie przechylone, ale co tam








Jedna z ofiar - lewa manetka. Najwyraźniej wyfruwając przez kierownicę pieprznąłem ją kostką i urwałem. Gwint zerwany na śrubie i niestety również w manetce. Nie sprawdzałem, czy działa. Miałem ją równo miesiąc :/


Jak ktoś lubi oglądać owłosione nogi, to tutaj fotka moich giczołów. Zwracam uwagę na dość wyraźną asymetrię łydek i kolana :/ Dalsze obrażenia na plecach i łokciu mniej efektowne, ale obecne.

Testowo Górne

Piątek, 2 lipca 2010 · Komentarze(0)
Wczoraj (w czwartek) rozebrałem widelec na kawałki, dołożyłem małą podkładkę w tłumiku, złożyłem wszystko do kupy i znów zalałem olejem. W tłumiku RV w All Mountain 2 zabieg taki pomógł i zlikwidował denerwujące postukiwanie w prawej goleni. Tłumik VF2 w Z.1 jest identyczny, więc liczyłem na to, że zabieg taki załatwi sprawę również w nim. Na sucho wydawało się, że wszystko jest OK, ale trzeba było to sprawdzić. W związku z tym dzisiaj odbyłem tą bardzo długą przejażdżkę, by wszystko sprawdzić. Pomogło. Nie stuka.
Właściwie, to miało być dalej, ale jakoś tak wyszliśmy z domu po 20-ej i nie wyszło.





Mordor

Sobota, 26 czerwca 2010 · Komentarze(0)
Po długiej przerwie, Marysia postanowiła skorzystać z dobrodziejstw roweru. Pozwolono mi wziąć udział w owym korzystaniu. Miałem być nadwornym obmyślaczem trasy. Zgodnie z życzeniem tej piękniejszej części dzisiejszego duetu rowerowego, miało nie być po Lesie Łagiewnickim, więc po wyjściu z domu skierowaliśmy się na południe. Wzdłuż "poligonu", przez Smulsko, Lublinek i Łaskowice doturlaliśmy się do Pabianic (tu postój na wyżerkę w KFC), a dalej do sąsiadujących z tym miastem lasów ciągnących się w kierunku południowo-zachodnim. Tutaj pokręciliśmy się po całkiem fajnych ścieżkach i leśnych drogach, by ostatecznie, zahaczając o Ldzań i Barycz, dostać się do Kolumny. Tu nastąpiła konsumpcja lodów i płynów (bezalkoholowych dla odmiany), która to konsumpcja rozleniwiła nas wielce i pomogła podjąć decyzję o powrocie do łodzi na pokładzie EN57 (czy co tam innego by przyjechało). na stacji okazało się, że czasu jest jeszcze sporo, więc pokręciliśmy do Dobronia i dopiero tu wsiedliśmy do pociągu. Kolej okazała się hojna i podróż kosztowała nas nic złotych i nic groszy. Wysiedliśmy na Lublinku , by jakiś zbłąkany konduktor na ostatnim odcinku nie zepsuł nam tego nad wyraz korzystnego wrażenia, i przez Smulsko wróciliśmy na Teo.
Było jak na czerwiec przystało, czyli wakacyjnie :)

Elektrociepłownia (?) w Pabianicach. Na ogół widywałem ją od strony drogi i z tej perspektywy nie wyróżniała się niczym. Tym razem jednak dotarliśmy do niej od strony pól i trochę nie pasowała...
Mordor :)


Lans.. po prostu lans










"Osz fak! Dogania mnie!"


A na koniec dwie maszyny napotkane w Pabianicach. Zardzewiałe złomy to nie jest widok szokujący i zdjęcia warty, ale kreatywny sposób przywrócenia połysku sztycy podsiodłowej i części górnych goleni amortyzatora przez owinięcie folią aluminiową (sreberkiem z czekolady?) warto było uwiecznić :)

Wiejski post-industrial

Czwartek, 17 czerwca 2010 · Komentarze(0)
Popołudniowa "szosza". Bez ładu i składu i nadspodziewanie przyjemnie. Błędem był jedynie wyjazd bez picia i bez kasy na zakup takowego, co zaowocowało czymś w stylu zgonu pod koniec.





Przy drogach wylotowych to zawsze jakieś d..y stoją:)


<object width="425" height="350"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/2e2e3QU4ft0"> <embed src="http://www.youtube.com/v/2e2e3QU4ft0" type="application/x-shockwave-flash" wmode="transparent" width="425" height="350"></embed></object><br>...

Close, but no cigar, czyli 360° w szponach alergii.

Sobota, 5 czerwca 2010 · Komentarze(0)
Dzisiejsza wycieczka odbyła się pod znakiem grubszej wyżerki. Już blisko tydzień temu padło hasło "Jedziemy na golonkę do Gieczna", więc jak mogło być inaczej?
Pierwotnie trasa miała być leśno-polna, ale wczoraj okazało się, że grupa będzie większa, ale też bardziej nastawiona na jazdę po nawierzchniach bitumicznych. Trudno... Slicki zatem na koła i w sobotę przed południem ziuuu w drogę.
Na zbiórce przed "Teofilem" stawiło się łącznie dziewięć osób. Ja, Marysia, Ociec oraz z mocna grupa z Sekty: Słwek z synem, Jerry, Dominik oraz Piotr z Iloną.
Bez niepotrzebnej zwłoki (tak typowej dla zbiórek sekciarskich) ruszyliśmy w świat, by przemierzać gorące drogi Asfaltostanu i dotrzeć do Gieczna, gdzie ponoć golonka z wody jest dobra i tania.
Na miejscu okazało się, że golonka jest owszem dobra (trzy zjadłem... ale małe były) i tania (ponoć... nie wiem... obiad zasponsorował rodzic mój). Było tez piwo, którego niestety tym razem nie skosztowałem. Być może był to błąd, gdyż wierzę głęboko w lecznicze jego działanie. Być może pomogłoby mi trochę na objawy jakiejś parszywej alergii, która to męczyła mnie tego dnia okrutnie. Na tyle mocno, że w pewnym momencie odłączyłem się od grupy i pojechałem do domu, by skorzystać z dobrodziejstw medycyny ludowej. Ekipa pojechała dalej i dzięki temu Marysia mogła z dobić do upragnionej setki.
Mi niewiele zabrakło, ale jak mówią Amerykanie (i ja w tytule też) "Close, but no cigar".
Zawsze jest następny raz i następna golonka...

A po drodze był klimat miejscami bardzo łindołsowy...


W Giecznie Marysia pozowała do rozkładówki z epoki Gomułki.


Drewniany kościół w Białej.

W sumie, to kilka drewnianych kościołów po drodze było, ale jakoś tak nie chciało mi się ich uwieczniać.

2+1+2=0,5L

Sobota, 29 maja 2010 · Komentarze(0)
Po południu spotkaliśmy się z Michałem, by radośnie i spokojnie pokręcić się po łódzkich i podłódzkich lasach. Dojechaliśmy sobie do zbiornika wodnego w Grotnikach, gdzie wypiliśmy kupione wcześniej piwka i poopalaliśmy się. Potem dołączył dołączyli do nas Siwy i Pixon. Siwy był na nowym, całkiem zajebistym rowerze (a przynajmniej nową ramę miał) więc chwilę pomacaliśmy (ramę oczywiście) i wyruszyliśmy w kierunku Lasu Łagiewnickiego. Po drodze wydarzyło się kilka rzeczy: odłączył się od nas Pixon i Siwy zerwał łańcuch. Udało się jednak doturlać jakoś do Modrzewiaka, gdzie Marcin został uratowany przez Pixona, który przywiózł skuwacz.
Potem powrót do domu przez las i bocznymi drogami w zapadających ciemnościach i przy kompletnym braku oświetlenia.
W domu z Michałem jeszcze skonsumowałem napój "Not for fat chicks" oblewając tym samym... nowy plecak :)

Zdjęcia w głównej mierze "pożyczone" od Pixona.
Od lewej: Siwy, Marysia, ja, Michał i Pixon






"Not for fat chicks" ;)

"Due South"

Niedziela, 23 maja 2010 · Komentarze(0)
Na rower umówiłem się z Marcinem. Zażyczył sobie trasy na południe, więc taka była. Starałem się, żeby jak najmniej było asfaltu i nawet szło nieźle, ale później, za Pabianicami władowaliśmy się na leśne ścieżki i drogi tak podmokłe, że udało się nam obu uświnić siebie i rowery oraz doszczętnie przemoczyć buty. Mi udało się również sprawdzić dzielność morską Propheta, gdy woda w jednej z kałuż sięgnęła znacznie powyżej osi :) Do tego drogę kilka razy zagrodziły nam zwalone drzewa.
Gdy wreszcie dotarliśmy w rejonie Rydzyn do lasu w wersji suchej, to trzeba było wracać.
Powrót już asekuracyjnie i bez ryzyka zmoknięcia - asfaltem.

Rozlana Dobrzynka w pobliżu młyna na Źródlanej w Pabianicach


Siwy atakuje upadłą laskę (tzn. część lasku, czyli drzewo)


Ner poniżej Stawów Stefańskiego

Dookoła komina

Sobota, 15 maja 2010 · Komentarze(0)
Pogoda niepewna, ale kości rozruszać trzeba. Na tapetę poszedł więc las na Popiołach. Trochę tak bez ładu i składu, ale mimo leniwego początku wyszło nawet miło.

Ponieważ filmik w poprzednim wpisie spotkał się z pozytywnym odbiorem, to dzisiaj też trochę się pobawiłem (pobawiliśmy raczej, bo Marysia w bawieniu też udział brała) :)
<object width="425" height="350"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/h85agjHDnqY"> <embed src="http://www.youtube.com/v/h85agjHDnqY" type="application/x-shockwave-flash" wmode="transparent" width="425" height="350"></embed></object><br> Muzyka: Babe Ruth - "The Mexican"

Główny bohater: komin nieczynnego Zakładu Energetyki Cieplnej "Ustronna".


Tor przeszkód dla rowerzystów - zjazd do przejścia podziemnego pod Pabianicką.


A tak bajdełej, to udało się pogodzić korby Evolve XC z Brainem w S6, więc odzyskałem swoje XT i nastała radość :D

Chillout

Niedziela, 9 maja 2010 · Komentarze(0)
2010-05-09 48,74  Poobiednie kręcenie w stylu relaksacyjnym wielce. Bez celu, bez zaplanowanej trasy i bez powodu, wśród płaskiej płaskości południowo-zachodnich rubieży Łodzi.
Było tak lajtowo, że aż miałem czas, by co chwilę rozstawiac statywik i popełnić suchy filmik ze sobą w roli głównej :)

<object width="425" height="350"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/zhgEJ3xu3c4"> <embed src="http://www.youtube.com/v/zhgEJ3xu3c4" type="application/x-shockwave-flash" wmode="transparent" width="425" height="350"></embed></object><br> Muzyka: Consider the Thief - "Son of Hell"

Foty tez były:
Malowniczy, acz miejscami błotnisty singielek dookoła lotniska


Dobrzynka, lewy dopływ Neru


Płasko,...


...zielono,...


...i mokro, czyli dolina Neru


Grupowa Oczyszczalnia Ścieków (zgodnie z Wikipedią jeden z największych tego typu obiektów w Polsce) widziana z mostka nad Nerem. Pamiętam czasy sprzed jej uruchomienia, gdy praktycznie nie dało się stanąć w tym miejscu (ani nigdzie indziej nad Nerem) bez zatykania nosa. Teraz jest nawet miło, choć woda nadal pozaklasowa.




Nie byłbym sobą, gdybym takiego zdjęcia nie zamieścił :)

Weak-end warriors.

Niedziela, 2 maja 2010 · Komentarze(0)
 Dzień drugi majowego "łikendu" w Warszawie zaczął się od śniadania i sprzątania po karaoke :)
Potem można było wsiąść na rowery.
Tak samo jak dzień wcześniej przeprawiliśmy się przez Wisłę na pokładzie "Turkawki" i najkrótszą drogą dojechaliśmy do lasu. Tym razem nie bawiliśmy się w zwiedzanie, tylko zajęliśmy się objeżdżaniem okolicznych pagórków. W rejonie Góry Ojca Michał z Gosią odłączyli się, by pojeździć we dwójkę, a my we trójkę (Marysia, Michał i ja) pojechaliśmy w kierunku Izabelina. Tutaj mały postój na picie i dalej w drogę, w kierunku cmentarza Palmiry. Jechało się świetnie, bo ostatnie deszcze spowodowały, że osławione kampinoskie piaski nie były wielkim problemem. Do tego w wielu miejscach wzdłuż dróg przebiegały bardzo sympatyczne singielki, którymi można było pomykać z wielkim uśmiechem na paszczy :)
W Palmirach zatrzymaliśmy się na małe zwiedzanie, a potem czerwonym szlakiem pojechaliśmy w kierunku partyzanckiego cmentarza w Wierszach. Nie dane nam było jednak do niego dotrzeć, gdyż musieliśmy wyrobić się na ostatni kurs promu. Zatrzymaliśmy się tylko na chwilę w miejscu, w którym nie było zbyt wielu komarów (chmary tych bezczelnych krwiopijców uprzykrzały prawie każdy postój w lesie), zjedliśmy zakupione w Izabelinie ciacho jogurtowe (które miało cholernie wiele cech sernika) i wróciliśmy do Palmir. Stamtąd, ciągle czerwonym szlakiem,pojechaliśmy do Łomianek. Ten odcinek był bardzo atrakcyjny, bo najpierw prowadził przez pagórkowaty teren (znów fajne singielki wzdłuż drogi) a potem przez bagno w rezerwacie Sieraków. Fotek zbyt wielu nie ma, gdyż na każdym postoju atakowały nas takie stada komarów, że staraliśmy się unikać zatrzymywania się. Na koniec przeprawa promem, podjazd na wał i... tak zakończyło się nasze rowerowanie w rejonie stolicy.
Mamy nadzieję, że nie ostatnie :)

Wieża obserwacyjna na Górze Ojca


Cmentarz w Palmirach




Gdzieś na szlaku












Trzej Muszkieterowie