Mordor

Sobota, 26 czerwca 2010 · Komentarze(0)
Po długiej przerwie, Marysia postanowiła skorzystać z dobrodziejstw roweru. Pozwolono mi wziąć udział w owym korzystaniu. Miałem być nadwornym obmyślaczem trasy. Zgodnie z życzeniem tej piękniejszej części dzisiejszego duetu rowerowego, miało nie być po Lesie Łagiewnickim, więc po wyjściu z domu skierowaliśmy się na południe. Wzdłuż "poligonu", przez Smulsko, Lublinek i Łaskowice doturlaliśmy się do Pabianic (tu postój na wyżerkę w KFC), a dalej do sąsiadujących z tym miastem lasów ciągnących się w kierunku południowo-zachodnim. Tutaj pokręciliśmy się po całkiem fajnych ścieżkach i leśnych drogach, by ostatecznie, zahaczając o Ldzań i Barycz, dostać się do Kolumny. Tu nastąpiła konsumpcja lodów i płynów (bezalkoholowych dla odmiany), która to konsumpcja rozleniwiła nas wielce i pomogła podjąć decyzję o powrocie do łodzi na pokładzie EN57 (czy co tam innego by przyjechało). na stacji okazało się, że czasu jest jeszcze sporo, więc pokręciliśmy do Dobronia i dopiero tu wsiedliśmy do pociągu. Kolej okazała się hojna i podróż kosztowała nas nic złotych i nic groszy. Wysiedliśmy na Lublinku , by jakiś zbłąkany konduktor na ostatnim odcinku nie zepsuł nam tego nad wyraz korzystnego wrażenia, i przez Smulsko wróciliśmy na Teo.
Było jak na czerwiec przystało, czyli wakacyjnie :)

Elektrociepłownia (?) w Pabianicach. Na ogół widywałem ją od strony drogi i z tej perspektywy nie wyróżniała się niczym. Tym razem jednak dotarliśmy do niej od strony pól i trochę nie pasowała...
Mordor :)


Lans.. po prostu lans










"Osz fak! Dogania mnie!"


A na koniec dwie maszyny napotkane w Pabianicach. Zardzewiałe złomy to nie jest widok szokujący i zdjęcia warty, ale kreatywny sposób przywrócenia połysku sztycy podsiodłowej i części górnych goleni amortyzatora przez owinięcie folią aluminiową (sreberkiem z czekolady?) warto było uwiecznić :)

Wiejski post-industrial

Czwartek, 17 czerwca 2010 · Komentarze(0)
Popołudniowa "szosza". Bez ładu i składu i nadspodziewanie przyjemnie. Błędem był jedynie wyjazd bez picia i bez kasy na zakup takowego, co zaowocowało czymś w stylu zgonu pod koniec.





Przy drogach wylotowych to zawsze jakieś d..y stoją:)


<object width="425" height="350"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/2e2e3QU4ft0"> <embed src="http://www.youtube.com/v/2e2e3QU4ft0" type="application/x-shockwave-flash" wmode="transparent" width="425" height="350"></embed></object><br>...

Close, but no cigar, czyli 360° w szponach alergii.

Sobota, 5 czerwca 2010 · Komentarze(0)
Dzisiejsza wycieczka odbyła się pod znakiem grubszej wyżerki. Już blisko tydzień temu padło hasło "Jedziemy na golonkę do Gieczna", więc jak mogło być inaczej?
Pierwotnie trasa miała być leśno-polna, ale wczoraj okazało się, że grupa będzie większa, ale też bardziej nastawiona na jazdę po nawierzchniach bitumicznych. Trudno... Slicki zatem na koła i w sobotę przed południem ziuuu w drogę.
Na zbiórce przed "Teofilem" stawiło się łącznie dziewięć osób. Ja, Marysia, Ociec oraz z mocna grupa z Sekty: Słwek z synem, Jerry, Dominik oraz Piotr z Iloną.
Bez niepotrzebnej zwłoki (tak typowej dla zbiórek sekciarskich) ruszyliśmy w świat, by przemierzać gorące drogi Asfaltostanu i dotrzeć do Gieczna, gdzie ponoć golonka z wody jest dobra i tania.
Na miejscu okazało się, że golonka jest owszem dobra (trzy zjadłem... ale małe były) i tania (ponoć... nie wiem... obiad zasponsorował rodzic mój). Było tez piwo, którego niestety tym razem nie skosztowałem. Być może był to błąd, gdyż wierzę głęboko w lecznicze jego działanie. Być może pomogłoby mi trochę na objawy jakiejś parszywej alergii, która to męczyła mnie tego dnia okrutnie. Na tyle mocno, że w pewnym momencie odłączyłem się od grupy i pojechałem do domu, by skorzystać z dobrodziejstw medycyny ludowej. Ekipa pojechała dalej i dzięki temu Marysia mogła z dobić do upragnionej setki.
Mi niewiele zabrakło, ale jak mówią Amerykanie (i ja w tytule też) "Close, but no cigar".
Zawsze jest następny raz i następna golonka...

A po drodze był klimat miejscami bardzo łindołsowy...


W Giecznie Marysia pozowała do rozkładówki z epoki Gomułki.


Drewniany kościół w Białej.

W sumie, to kilka drewnianych kościołów po drodze było, ale jakoś tak nie chciało mi się ich uwieczniać.

2+1+2=0,5L

Sobota, 29 maja 2010 · Komentarze(0)
Po południu spotkaliśmy się z Michałem, by radośnie i spokojnie pokręcić się po łódzkich i podłódzkich lasach. Dojechaliśmy sobie do zbiornika wodnego w Grotnikach, gdzie wypiliśmy kupione wcześniej piwka i poopalaliśmy się. Potem dołączył dołączyli do nas Siwy i Pixon. Siwy był na nowym, całkiem zajebistym rowerze (a przynajmniej nową ramę miał) więc chwilę pomacaliśmy (ramę oczywiście) i wyruszyliśmy w kierunku Lasu Łagiewnickiego. Po drodze wydarzyło się kilka rzeczy: odłączył się od nas Pixon i Siwy zerwał łańcuch. Udało się jednak doturlać jakoś do Modrzewiaka, gdzie Marcin został uratowany przez Pixona, który przywiózł skuwacz.
Potem powrót do domu przez las i bocznymi drogami w zapadających ciemnościach i przy kompletnym braku oświetlenia.
W domu z Michałem jeszcze skonsumowałem napój "Not for fat chicks" oblewając tym samym... nowy plecak :)

Zdjęcia w głównej mierze "pożyczone" od Pixona.
Od lewej: Siwy, Marysia, ja, Michał i Pixon






"Not for fat chicks" ;)

"Due South"

Niedziela, 23 maja 2010 · Komentarze(0)
Na rower umówiłem się z Marcinem. Zażyczył sobie trasy na południe, więc taka była. Starałem się, żeby jak najmniej było asfaltu i nawet szło nieźle, ale później, za Pabianicami władowaliśmy się na leśne ścieżki i drogi tak podmokłe, że udało się nam obu uświnić siebie i rowery oraz doszczętnie przemoczyć buty. Mi udało się również sprawdzić dzielność morską Propheta, gdy woda w jednej z kałuż sięgnęła znacznie powyżej osi :) Do tego drogę kilka razy zagrodziły nam zwalone drzewa.
Gdy wreszcie dotarliśmy w rejonie Rydzyn do lasu w wersji suchej, to trzeba było wracać.
Powrót już asekuracyjnie i bez ryzyka zmoknięcia - asfaltem.

Rozlana Dobrzynka w pobliżu młyna na Źródlanej w Pabianicach


Siwy atakuje upadłą laskę (tzn. część lasku, czyli drzewo)


Ner poniżej Stawów Stefańskiego

Dookoła komina

Sobota, 15 maja 2010 · Komentarze(0)
Pogoda niepewna, ale kości rozruszać trzeba. Na tapetę poszedł więc las na Popiołach. Trochę tak bez ładu i składu, ale mimo leniwego początku wyszło nawet miło.

Ponieważ filmik w poprzednim wpisie spotkał się z pozytywnym odbiorem, to dzisiaj też trochę się pobawiłem (pobawiliśmy raczej, bo Marysia w bawieniu też udział brała) :)
<object width="425" height="350"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/h85agjHDnqY"> <embed src="http://www.youtube.com/v/h85agjHDnqY" type="application/x-shockwave-flash" wmode="transparent" width="425" height="350"></embed></object><br> Muzyka: Babe Ruth - "The Mexican"

Główny bohater: komin nieczynnego Zakładu Energetyki Cieplnej "Ustronna".


Tor przeszkód dla rowerzystów - zjazd do przejścia podziemnego pod Pabianicką.


A tak bajdełej, to udało się pogodzić korby Evolve XC z Brainem w S6, więc odzyskałem swoje XT i nastała radość :D

Chillout

Niedziela, 9 maja 2010 · Komentarze(0)
2010-05-09 48,74  Poobiednie kręcenie w stylu relaksacyjnym wielce. Bez celu, bez zaplanowanej trasy i bez powodu, wśród płaskiej płaskości południowo-zachodnich rubieży Łodzi.
Było tak lajtowo, że aż miałem czas, by co chwilę rozstawiac statywik i popełnić suchy filmik ze sobą w roli głównej :)

<object width="425" height="350"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/zhgEJ3xu3c4"> <embed src="http://www.youtube.com/v/zhgEJ3xu3c4" type="application/x-shockwave-flash" wmode="transparent" width="425" height="350"></embed></object><br> Muzyka: Consider the Thief - "Son of Hell"

Foty tez były:
Malowniczy, acz miejscami błotnisty singielek dookoła lotniska


Dobrzynka, lewy dopływ Neru


Płasko,...


...zielono,...


...i mokro, czyli dolina Neru


Grupowa Oczyszczalnia Ścieków (zgodnie z Wikipedią jeden z największych tego typu obiektów w Polsce) widziana z mostka nad Nerem. Pamiętam czasy sprzed jej uruchomienia, gdy praktycznie nie dało się stanąć w tym miejscu (ani nigdzie indziej nad Nerem) bez zatykania nosa. Teraz jest nawet miło, choć woda nadal pozaklasowa.




Nie byłbym sobą, gdybym takiego zdjęcia nie zamieścił :)

Weak-end warriors.

Niedziela, 2 maja 2010 · Komentarze(0)
 Dzień drugi majowego "łikendu" w Warszawie zaczął się od śniadania i sprzątania po karaoke :)
Potem można było wsiąść na rowery.
Tak samo jak dzień wcześniej przeprawiliśmy się przez Wisłę na pokładzie "Turkawki" i najkrótszą drogą dojechaliśmy do lasu. Tym razem nie bawiliśmy się w zwiedzanie, tylko zajęliśmy się objeżdżaniem okolicznych pagórków. W rejonie Góry Ojca Michał z Gosią odłączyli się, by pojeździć we dwójkę, a my we trójkę (Marysia, Michał i ja) pojechaliśmy w kierunku Izabelina. Tutaj mały postój na picie i dalej w drogę, w kierunku cmentarza Palmiry. Jechało się świetnie, bo ostatnie deszcze spowodowały, że osławione kampinoskie piaski nie były wielkim problemem. Do tego w wielu miejscach wzdłuż dróg przebiegały bardzo sympatyczne singielki, którymi można było pomykać z wielkim uśmiechem na paszczy :)
W Palmirach zatrzymaliśmy się na małe zwiedzanie, a potem czerwonym szlakiem pojechaliśmy w kierunku partyzanckiego cmentarza w Wierszach. Nie dane nam było jednak do niego dotrzeć, gdyż musieliśmy wyrobić się na ostatni kurs promu. Zatrzymaliśmy się tylko na chwilę w miejscu, w którym nie było zbyt wielu komarów (chmary tych bezczelnych krwiopijców uprzykrzały prawie każdy postój w lesie), zjedliśmy zakupione w Izabelinie ciacho jogurtowe (które miało cholernie wiele cech sernika) i wróciliśmy do Palmir. Stamtąd, ciągle czerwonym szlakiem,pojechaliśmy do Łomianek. Ten odcinek był bardzo atrakcyjny, bo najpierw prowadził przez pagórkowaty teren (znów fajne singielki wzdłuż drogi) a potem przez bagno w rezerwacie Sieraków. Fotek zbyt wielu nie ma, gdyż na każdym postoju atakowały nas takie stada komarów, że staraliśmy się unikać zatrzymywania się. Na koniec przeprawa promem, podjazd na wał i... tak zakończyło się nasze rowerowanie w rejonie stolicy.
Mamy nadzieję, że nie ostatnie :)

Wieża obserwacyjna na Górze Ojca


Cmentarz w Palmirach




Gdzieś na szlaku












Trzej Muszkieterowie

Wycieczka klasowa :)

Sobota, 1 maja 2010 · Komentarze(0)
Nareszcie nadszedł długo oczekiwany długi weekend :] Zostaliśmy zaproszeni przez Michała na kręcenie po KPN'ie w wesołym gronie starych znajomych, z którego to zaproszenia z miłą chęcią skorzystaliśmy.
Do Warszawy dotarliśmy już w piątek wieczorem i przy wiosennym browarku zaplanowaliśmy z Michałem trasę na sobotę.
Rano pojechaliśmy autem na Pragę po Michała i Gosię, władowaliśmy ich nowe rowerki na pakę i zawieźliśmy do Kwatery Głównej, by zrealizować Plan. Niestety Plan wziął troszkę w łeb, bo zaczęło padać. Ale nie tak łatwo było nas zniechęcić. Przeczekaliśmy deszcz, a potem postąpiliśmy zgodnie z Planem :)
Wesołą gromadką wsiedliśmy na rowery i udaliśmy się na poszukiwanie Wojskowego Centrum Dowodzenia z okresu PRL położonego na terenie Puszczy Kapinoskiej. W wycieczce wydatnie pomógł nam prom Turkawka, dzięki któremu w miły i szybki sposób przeprawiliśmy się przed Wisłę. Potem przez Łomianki dokręcilismy do lasu i tam troszkę pojeździliśmy. Centrum dowodzenia znaleźliśmy (choć w całej swej mądrości nie wgrałem do GPS'a mapy okolic Wa-wy) i zwiedziliśmy przy wątłym świetle lampki rowerowej za 10zł, a przy okazji mieliśmy okazję przekonać się, że Kampinos to całkiem fajny teren na rower. Fajne ścieżki, pagórki... miło.
A tak poza tym, to Gosia zarządziła i zawstydziła nas wszystkich, na swojej dameczce wjeżdżając wszędzie tam, gdzie my na rowerach tzw. "górskich".
Na końcu przeprowadziliśmy się znów promem na Białołękę i zakończyliśmy w "Przystanku Tarchomin" przy piwku i kiełbasce z grilla.
...a potem było Karaoke a la Shrek :)

Nasza wesoła gromada, czyli uczestnicy wycieczki i wieczora pieśni :)




W bunkrze - Michał, Panie...


...i stwór bez ręki


Uroki Kampinosu


Rowery wodne


"Przystanek Tarchomin". Na grillu "robi się" nasza wyżerka :)


...bywa i tak :)

Pośpieszny Łódź-Teofilów - Skrzyczne odjeżdża o 4:20

Sobota, 17 kwietnia 2010 · Komentarze(0)
Połowa kwietnia, więc pora najwyższa jakieś góry pod oponami POCZUĆ. W zeszłym roku padło na mikro górki, ale w tym miałem ochotę na ostrzejszy debiut.
Postanowiłem zacząć tam, gdzie w zeszłym roku skończyłem, czyli zdobyć Skrzyczne.
Plan był prosty: pobudka wcześnie rano/w nocy, graty w Srebrną Dzidę i ziuuu do Szczyrku. Jak zaplanowałem, tak zrobiłem i o ósmej z małymi minutami zameldowałem się na miejscu. Dłuższą chwilę zajęło mi przebranie się i złożenie roweru do "kupy", a potem w drogę. Najpierw, przez Halę Skrzyczeńską skierowałem się na Skrzyczne. Kusiło mnie, by spróbować innej drogi, ale wiedziałem, że ta wersja jest na 100% przejezdna, a że czas miałem ograniczony, to nie ryzykowałem.
Podjazd był rzeczywiście taki jak go zapamiętałem, czyli bezproblemowy. W pół drogi zaczęły pojawiać się większe i mniejsze placki śniegu, ale albo dało się je ominąć, albo przejechać po nich.
Na szczycie zafundowałem sobie herbatę i puściłem się zielonym szlakiem w kierunku Malinowskiej Skały. We wrześniu ogołocone z lasu połacie w Paśmie Baraniej Góry wyglądały jeszcze jako tako. Teraz pozbawione jakichkolwiek prawie kolorów i skąpane w błocie sprawiały przygnębiające wrażenie. Do tego szlak na Malinowską Skałę nabrał charakteru wybitnie pieszego (śnieg powyżej kostek + zwalone drzewa). Całe szczęście zimowy odcinek długi nie był i właściwie więcej tego dnia po śniegu nie łaziłem.
Dalej zacny zjazd na Przełęcz Salmpopolską, ubarwiony wspinaczką na Malinów i łataniem dętki po zaliczeniu snejka (Ultralighty + MK Supersonic, to niekoniecznie zestaw na Beskid Śląski). Dalej Grabowa, Hyrców i Przełęcz Karkoszczonka. Wszystko miło i w siodle, w przeciwieństwie następnego do odcinka z Karkoszczonki na Przełęcz Kowiorek. Nachylenie wg. tracka z GPS miejscami 29%. Do tego luźne kamienie. W dół szlak byłby ciekawy, pod górę przywodził na myśl słowa takie jak np. "Golgota" i "K...a mać!". Prawie całą drogę z Chaty Wuja Toma tyrałem z buta. Podejście tak mnie wykończyło, że Klimczok zwiedziłem w trybie "Pier...olę, z dołu tez widać". Potem ciacho w schronisku, szybki (choć nudny) zjazd zielonym do Szczyrku, graty w auto i z powrotem 270km do Łodzi.
Zaczynam doceniać Srebrną Dzidę. Bez niej taki wypad byłby trudny do zorganizowania. Następnym razem trzeba ino w jakimś towarzystwie śmignąć, by koszt Podtelnku LPG się lepiej rozłożył.

TRASA: Szczyrk (Czyrna) - Hala Skrzyczeńska - Skrzyczne (1257 mnpm) - Małe Skrzyczne (1211 mnpm) - Kopa Skrzyczeńska (1189 mnpm)) - Malinowska Skała (1152 mnpm)) - Malinów (1115 mnpm) - Przeł. Salmopolska (916 mnpm) - Biały Krzyż (940 mnpm) - Grabowa (907 mnpm) - Kotarz (964 mnpm) - Hyrca (929 mnpm) - Przeł. Karkoszczanka (736 mnpm) - Przeł. Kowiorek (1042 mnpm) - [zielony szlak] - Szczyrk (centrum) - Szczyrk (Czyrna)



Ot widoczek. Tak na mój gust pierwsze pasmo, to Beskid Węgierski, drugie to Grupa Klimczoka, ale co za trójkątny szczyt widać z tyłu po lewej stronie foty?


Atrakcje nawierzchniowe przed szczytem Skrzycznego


Pierwszy punkt wycieczki zaliczony :)


Spojrzenie na Pasmo Baraniej Góry




Mokro...


...szaro...


...ponuro.


Do tego śnieg głęboki...






Pasmo Baraniej, ale tym razem widziane spod szczytu Malinowa.


a tu z podjazdu na Kotarz.


Podejście na Przeł. Kowiorek. Tak bluźniłem, że jest przynajmniej jedna "K..wa" na każde z tych ślicznych drzew porastających stoki Klimczoka :)




Miał być przerysowany, karykaturalny, szeroki uśmiech, ale przesadziłem i wygląda jakbym walnął mokrego bąka podczas akademii na rozpoczęcie roku szkolnego w podstawówce