Sid's dead, baby. Sid's dead.

Sobota, 10 kwietnia 2010 · Komentarze(0)
Dzień wielki i pamiętny, bo oto ze snu zimowego obudził się Szurro vel Wielki Szu i zaatakował z nami łódzkie ścieżki, które lat temu kilka przemierzaliśmy razem jako koledzy "ze szkolnej ławy".
Zaczęło się od szybkiego przerzucenia do Halnego Bobka hamulców i kół (choć obutych w inne gumy) z Kryptoszosy. Potem wizyta na terenie składowiska odpadów przemysłowych "Eko-Boruta" w Zgierzu, grzane piwo w Arturówku i kręcenie po ścieżkach Lasu Łagiewnickiego. Wszystko to sowicie zakrapiane deszczem i zimnym wiatrem.
Było miło, lecz nie bez ofiar. Podczas wycieczki chyba wyzionął ducha wiekowy SID w rowerze Marysi. Pewnie więc idzie nowe...

Dwóch starszych panów...


...i pani młodsza, w pięknych okolicznościach przyrody.


Przyczajony Bobek, ukryty Prorok


Podjazd, który wygląda jak zjazd, dzięki martwemu Sidowi (zwracam uwagę na ugięcie dampera)


I na koniec dwa zdjęcia z zagadką: Co robi Marysia? :)


Turkish Turqoise Coast

Sobota, 3 kwietnia 2010 · Komentarze(0)
 Kolejna po zeszłotygodniowej wycieczka szlakiem elektrowni opalanych węglem brunatnym. Tym razem padło na Elektrownię Adamów w Turku. Wymyśliłem, że pojadę tam i zrobię kilka fotek o wschodzie słońca.
Słońce wschodzi około 5:30, więc musiałem ruszyć bardzo wcześnie. Do tego cała wyprawa stała pod wielkim znakiem zapytania, bo pogoda raczyła (jak zwykle) zepsuć się na weekend. Jednak o 1 w nocy budzik zadzwonił, a ja wyjrzawszy za okno ustaliłem, że nie pada i że da się jechać. Zatem szybkie pakowanie, symboliczne śniadanie i w drogę ruszyłem około 1:40.
Potem było trochę ponad 70km prawie ciągłego kręcenia przy świetle jakichś chińskich diodówek i czołówki Petzl'a. Na początku lekko świrowałem ze strachu w miejscach, gdzie nie było latarni, bo to był mój pierwszy wypad nocny po drogach krajowych, ale poszło spokojnie. Na miejscu byłem na czas i mogłem zobaczyć wschód słońca, który zbyt widowiskowy nie był. Dzięki grubej powłoce chmur czerń nocy po prostu przeszła powoli w szarość poranka. Pod względem fotograficznym - padaka :/ Spod elektrowni ruszyłem zobaczyć punkt 2-gi programu, czyli "lazurowe jezioro". Jest to dawne wyrobisko kopalni odkrywkowej wykorzystywane jako składowisko popiołów z pobliskiej elektrowni. Dzięki nim, woda w jeziorku ma dość niespotykaną barwę (i odczyn pH 12). Dzisiaj nie było słońca, a i zieleni o tej porze niezbyt wiele, więc krajobraz nie był tak pocztówkowy, jak pewnie latem, ale i tak widok niesamowity.
Od jeziora zacząłem już wracać i odbiłem tylko na chwilę na jakieś polne drogi, by zbliżyć się do widocznej na horyzoncie wielkiej koparki pracującej na odkrywce. Za blisko nie udało mi się podjechać drogą, którą wybrałem, a bałem się, że szukając innej, zmęczę się walcząc na slickach z podmokłym terenem i zabraknie sił na powrót. Dotarłem więc do drogi asfaltowej i wróciłem do Łodzi tą samą trasą, którą przyjechałem. Dzięki bogu w nocy nie widać było dosłownie nic, więc nie nudziłem się w drodze powrotnej, bo z widocznością nieograniczoną do małego placka światła kilka metrów przed rowerem było jak jazda w zupełnie nowej okolicy :) Jak na złość, gdzieś na wysokości Uniejowa niebo zaczęło się przecierać, by w okolicy Poddębic już otwarcie kpić ze mnie brakiem najmniejszej chmurki. Jakby nie mogło tak nad Turkiem :/

Dzisiejszy cel - Elektrownia Adamów, w dwóch nocnych odsłonach




Cel nr2: tureckie "lazurowe wybrzeże" :) (turkusowe?)

Latem można focić i wmawiać, ze to jakieś Karaiby, czy insiejsze antypody :D
Fota letnia bardziej znaleziona na tym blogu

A na horyzoncie dinozaury majaczyły...


... bliżej zaś, gadziny mniejsze :)


A potem niebo zrobiło się takie, a mnie szał brał, że nie mogło tak kilkadziesiąt kilometrów wcześniej.


A na dowód (?), że nocka była:
Kościół w Poddębicach


Zamek w Uniejowie widziany z mostu nad Wartą


EDIT: Już nieaktualne, ale przez sporą część dnia było:

Miło :)

Fabryka chmur

Niedziela, 28 marca 2010 · Komentarze(0)
Plan na dzisiaj był jakby trochę inny. Mieliśmy z Marysią wybrać w rejon Skorzęcina na Pojezierzu Gnieźnieńskim i tam pojeździć wśród lasów i jezior.
Przebudzona jednak o 6 rano Marysia orzekła, że na pewno pogoda może się zepsuć, że nie warto ryzykować i lepiej poczekać, by sprawdzić jak się sprawy deszczu potoczą.
Wyraziłem zdanie zgoła odmienne, twierdząc iż czekanie sensu nie ma, gdyż pogada może z czasem jedynie się popsuć.
Różnica zdań spowodowała, że Marysia wróciła pod kołdrę, a ja o ósmej z groszami wsiadłem na rower i pomknąłem na południe ze świtającym w głowie niecnym planem dostania się do Bełchatowa.
Jadąc szoską i nie mając zbyt wielu zajęć, wymyśliłem, że taki Bełchatów to dosyć nieciekawy cel wycieczki i dużo lepiej sprawdzi się w tej roli Góra Kamieńsk. Im bliżej byłem Bełchatowa, tym bardziej podobała mi się ta myśl. Uznałem, że zdobędę górę, zobaczę elektrownię, a potem do domu wrócę pociągiem z Bełchatowa.
Zatem Bełchatów minąłem nie zatrzymując się nawet i po jakimś czasie stanąłem przy dolnej stacji wyciągu krzesełkowego. Myślałem, że już kręci się o tej porze ruch związany z trasa downhillową, ale nie. Obiekt trochę jakby wymarły obecnie, więc żółtą trasa rowerową dostałem się na szczyt. Początek był ciężki, bo wiódł drogą nieprzystosowaną zbytnio do moich nabitych na beton slicków. Dalej asfaltowy podjazd też nie był łatwy (bo forma nadal zimuje) i prędkość miałem pod górę iście wysokogórską :)
Na szczycie kilka fotek i sru asfaltem w dół. Trochę się zawiodłem zjazdem, bo 56 bez kręcenia nie robi na asfalcie jakiegoś specjalnego wrażenia. Niemniej jednak jak się nie ma co się lubi... to się nie kwęka i jedzie się dalej. W tym przypadku do Elektrowni Bełchatów. Nigdy wcześniej nie widziałem jej z bliska i muszę przyznać, że gigant zrobił na mnie wielkie wrażenie, a para i dym wydobywający się z kominów urzekły mnie swym hipnotycznym urokiem i w efekcie większość zdjęć przywiezionych z wycieczki przedstawia właśnie kominy, a słowa "fabryka chmur" tłukły mi się po głowie przez całą drogę powrotną :D

Po drodze zadzwoniłem do Marysi, by sprawdziła jak kursują pociągi z Bełchatowa i okazało się, że do Łodzi jechałbym pociągiem około 2,5h, bo po drodze miałbym przesiadkę w Skierniewicach (to jak jazda z Krakowa do Warszawy przez Gdańsk) :/ Dzięki bogu jaśnie Maria zaoferowała, że za sterami Srebrnej Dzidy przyjedzie po mnie do Bełchatowa. Umówiłem się z nią i ruszyłem na miejsce zbiórki. Na chwilę zboczyłem nad zalew Słok (by cyknąć fotę kominów oczywiście) i może chwilę posiedzieć (popatrzeć na kominy oczywiście), ale okazało się, że fabryka chmur sprawuje się dobrze i w moim kierunku zmierza spora ilość produktu w sorcie deszczowo-burzowym. Gdy już przed samym Bełchatowem "produkt" mnie dogonił, okazało się, że oprócz deszczu niósł też całkiem sporych rozmiarów grad. Ale mi się bonus trafił :) Całe szczęście atrakcje nie trwały zbyt długo i gdy spotkałem się z Marysią na stacji benzynowej, to na niebie znów świeciło słońce.
Rower powędrował na dach, a my pojechaliśmy do Łodzi (po drodze odbijając jeszcze nad Słok, by zrobić fotkę kominów, oczywiście).

Wycieczka, choć asfaltowa, podobała mi się bardzo. Następnym razem pojadę w rejon Konina (porobić zdjęcia kominów oczywiście :D)

Postój za Bełchatowem w drodze na Górę Kamieńsk. Trzymając aparat, słyszę zew kominów :)


Cel nr 1 - Góra Kamieńsk i "park wiatrowy" na jej szczycie


"Nieslickowy" odcinek żółtej trasy rowerowej


Zdezolowane konstrukcje przy składowisku gipsu




Widok z punktu widokowego na elektrownię. Mmmmmm... kominy :)


A tu już z bliska




Kryptoszosa nad zbiornikiem Słok, a tam gdzieś z tyłu Góra Kamieńsk (widać na pełnej wersji)


A tu już... kominy, wieże chłodnicze i te cudownie surrealistyczne kłęby...


A tu "produkt" pościgowy.


A tu wszyscy cisi, mechaniczni bohaterowie tej niedzieli. Srebrna dzida, Kryptoszosa i nowa zabawka w postaci bagażnika Thule 561 (dla niego tez jakąś ksywkę obmyślę. obiecuję). Tylko mi jakiś krzaczor w kadr wbiegł :/

Przedziwne skutki posiadania samochodu

Poniedziałek, 22 marca 2010 · Komentarze(0)
A czemu dziwne? Bo przez to, że mamy samochód, jeżdżę na rowerze. Musi to być grat, który często się psuje, bo inaczej skutki mogą być odwrotne.
Dzisiaj np. pojechałem na drugi koniec miasta po osłonę rozrządu i prawie trzy dyszki pyknęły. Uroki motoryzacji.

A filmik to rozwiązanie zagadki z wczoraj
<object width="425" height="350"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/hfkGEqu_yPU"> <embed src="http://www.youtube.com/v/hfkGEqu_yPU" type="application/x-shockwave-flash" wmode="transparent" width="425" height="350"></embed></object><br> No :)

EDIT: Wieczorkiem, oglądając po raz n-ty Bonda z 1965 i zaklejając dętkę w rowerze Marysi postanowiłem sprawdzić, jak w praktyce przedstawia się możliwość wpakowania do Kryptoszosy dużych kółek. Jak widać po poniższych fotach, problemów nie ma, więc kto wie... może wkrótce rower zmieni się w wielką, szosową kichę z tarczami 203mm? :)


Noc, mróz i Kapitan Dupa

Poniedziałek, 8 marca 2010 · Komentarze(0)
Runda po mieście. Nie ma o czym pisać, a nie będę się rozwodził na temat skurczów, jakie mnie po drodze łapały.

Zamiast tego wrzucam teledysk. Ostatnio furorę w domu robi kawałek 'We share our mother's health' zespołu The Knife.
Jednak, w ramach poszerzania horyzontów wrzucam remix:
<object width="425" height="350"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/IRZ3SShd1X8"> <embed src="http://www.youtube.com/v/IRZ3SShd1X8" type="application/x-shockwave-flash" wmode="transparent" width="425" height="350"></embed></object><br>
Informuję też wszem i wobec, że jest to raczej odległe od tego, czego na ogół słucham, ale... Jak coś jest fajne, to jest fajne... li i tyle.

Bardzo udany wieczór

Środa, 17 lutego 2010 · Komentarze(0)
Marysia śmiga na nartach w rejonie Wierchomli, więc ja muszę sobie sam jakoś popołudnia zorganizować. Dzisiaj, mimo padającego za oknem deszczu, udało mi się to znakomicie i czas spędziłem bardzo przyjemnie - dłubałem przy rowerach. Swój skończyłem, Marysiowy prawie. Na nowych kołach zrzuciłem jakieś 650-700g i tym samym Prophet wreszcie przekroczył granicę 14kg. Marysi kółka wyszły trochę cięższe mimo bardzo lekkich piast, ale za to są milion razy ładniejsze niż moje. Planowałem założenie w jej rowerze oponek Syncros Point'n Chute, które pierwotnie kupiłem dla siebie, ale teraz dochodzę do wniosku, że poszukam czegoś lżejszego (może nawet Rocket Rony, skoro na asfalty jest już inny rower). Wówczas Stanisław III powinien zachować rozsądną wagę.







Nalepek na moich obręczach już nie ma. Zbyt odpustowo wyglądały i poszły w cholerę :)





W góry ;)

Sobota, 13 lutego 2010 · Komentarze(0)
Gdzie blisko Łodzi są góry, spytacie. Najwyraźniej koło Zgierza.
Muszą być to góry, skoro jest wyciąg i zimą są narciarze. Nawet nazywa się to Góry Wilamowskie... a ja narzekałem, że w góry to muszę pół dnia samochodem jechać :)
Jaśnie Maria z moim ojcem i znajomymi pojechała szlifować technikę jazdy na nartach na stoku (stoczku) w Malince (czy nauka prawie od zera to też szlifowanie?). Mnie też chcieli zmusić do zabrania nart, ale ja do desek czuję niechęć wielką i udało mi się wymigać. Zamiast tego do Malinki pojechałem rowerem. Radosną ekipę przyłapałem na piciu piwka w barze na dole. Ładna mi nauka:) Chwilę popatrzyłem jak jeżdżą, ale szybko zacząłem marznąć i pojechałem dalej. Odwiedziłem Rosanów, Zgierz i Aleksandrów, moknąc przy tym niemiłosiernie. Zrobiło się ciepło i na drogach pełno kałuż.

I nich mi nikt nie mówi, że na nartach prezentuje się człowiek dumnie :)


"Górski" widok


Na głównych drogach mokro, na bocznych jak zwykle...

Przebudzenie

Wtorek, 9 lutego 2010 · Komentarze(0)
Po ostatniej wieczorno-nocnej jeździe z Marcinem na trochę odstawiłem rower, bo zaczęło mnie brać jakieś przeziębienie (tak to jest, jak się podczas jazdy na kilkunastostopniowym mrozie miele jęzorem...a może mle jęzorem?), ale najwyższa pora wrócić na siodło.
Właściwie to miałem pojeździć już w niedzielę, ale jakoś zapodziałem klucz od piwnicy, gdzie nocuje teściowóz i dopiero dzisiaj udało mi się do niego dostać.
Dzisiaj, mimo wieczorowej pory, tylko minus osiem stopni, więc nawet dałem radę jechać z odsłoniętą twarzą i nawet palce u stóp za bardzo nie bolały.
Normalnie czuć wiosnę :D

Chyba wszyscy łodzianie mają w blogach zdjęcie tej górki ze śniegu zebranego na parkingu Manufaktury, więc ja też :)


Piotrkowska nadal bardzo świąteczna


A poza tym, to długie wieczory można poświęcić np. na zaplatanie kół do Propheta. Boję się trochę o trwałość tych obręczy, ale waga i wygląd jak najbardziej na plus.

Teraz tylko centrowanie i gotowe :)

Kryptoszosa. Teil zwei

Środa, 3 lutego 2010 · Komentarze(0)
EDIT 08.02.2010:
Czytających zapraszam do wątku na forum, w którym toczy się dyskusja o wsparciu dla Błażeja i kupnie dla niego roweru. To w ramach gestu od ludzi korzystających z serwisu, który przecież dla nas tworzy.
Zbiórka to symboliczna kwota 5-10zł (w trakcie ustalania), więc im więcej chętnych tym lepiej.

Zapraszam na forum tutaj: temat na forum


Odebrałem ramę i widelec od lakiernika i ponownie złożyłem rower.
Brakuje jeszcze kilku gratów - śrub do korb (stare rozwaliłem), łańcucha, kasety no i niestety będę musiał kupić nową kierownicę, bo okazało się, że odziedziczony po Marysi Holzfeller ucierpiał we we wrześniowym wypadku i jest z lekka krzywy.

No ale... Przejdźmy do sedna wpisu. Ta dam!