Na północ

Sobota, 25 października 2008 · Komentarze(0)
Wybraliśmy się na północ, bo ostatnio jakoś w inne rejony nas nosiło. Z Radogoszcza przez las wzdłuż torów kolejowych śmignęliśmy do Zgierza, a stamtąd przez Smardzew, Glinnik i Czaplinek do lasów w okolicy Swędowa. Potem do Szczawina i przez Malinkę i Zgierz znów do Łodzi. W Malince Marysia glebnęła na zjeździe w okolicy wyciągu narciarskiego. Obyło się bez obrażeń, ale przednie koło ma gigantyczną ósemkę i na dniach musi trafić do serwisu.
Strasznie ponura była ta przejażdżka - ani przez chwilę nie pokazało się słońce, a pod koniec zrobiło się ciemno. Byle do wiosny...




...w pełnym pędzie.






Łódź "od kuchni", czyli terenowa jazda miejska

Sobota, 11 października 2008 · Komentarze(0)
Mieliśmy w dniu dzisiejszym wybrać się na Górę Kamieńsk, ale... jakoś ceny biletów PKP nas odstraszyły - wyszło, że bilety z Łodzi do Kamieńska i z powrotem kosztowałyby nas łącznie ponad 70zł :/ Trzeba się za jakimś machalasem rozejrzeć, bo za tyle kasy, to bym samochodem w normalne góry dojechał... ale... na temat:
Pokręciliśmy się niby cały czas po terenie Łodzi, ale staraliśmy się unikać utwardzonych nawierzchni. Wszystkie ścieżki haszcze i opuszczone bocznice kolejowe były nasze :) Klucząc i błądząc dotarliśmy przez Radogoszcz i Arturówek w rejon EC-4 a potem pojeździliśmy ścieżkami w rejonie ulicy Zakładowej. Pogoda dopisała (ubraliśmy się jak na jesień, a potem kolejno gubiliśmy kolejne warstwy ciuchów) i wycieczka, mimo że "lokalna" wyszła całkiem przyjemna.

Spojrzenie na Łódź z nad zajezdni tramwajowej na Telefonicznej. Widać m.in. stadion Widzewa i Centrum Kliniczno-Dydaktyczne Uniwersytetu Medycznego


Na wschód przez haszczory (rejon ulicy Lawinowej)


Na tyłach EC-4 (najwyższe kominy w Łodzi - ten z lewej 265m, ten z prawej 200m)


Aż tak ciepło było ;)


Rejon ulicy Nery - najprawdziwszy singletrack


Prawie jak lot


Jak ktoś lubi takie rzeczy (ja tak), to EP-07 w malowaniu PKP-KR zmierza w kierunku stacji Łódź-Widzew


Jak zabraknie ścieżki, trzeba torami...


...albo, co gorsza, asfaltem

Rowerem w krainie smarków - dzień 2

Sobota, 27 września 2008 · Komentarze(0)
Ten dzień stał pod znakiem Baraniej Góry. To właśnie ona była powodem, dla którego przez pół Polski tłukliśmy się z rowerami. To ją trzeba było zdobyć. Według pierwotnej wersji dotrzeć mieliśmy na nią od strony schroniska na Przysłopie. Skoro jednak dzień wcześniej ta wersja nie wypaliła...
Na górę postanowiliśmy dostać się niebieskim szlakiem, któy prowadzi na nią od zachodniej strony.
Na wspomnianej wcześniej all-mountain.pl o niebieskim przeczytać można, że "to jeden z najlepszych i najtrudniejszych zjazdów, jakie mieliśmy w ogóle okazję pokonywać. Duże głazy i korzenie dbają o to, żeby nam się nie nudziło" oraz, że jego dolna część "jest dość szeroką, leśną drogą - a ta po największych trudościach daje odpocząć zmęczonym na zjeździe dłoniom". Po takim opisie pogodziliśmy się z faktem, że całkiem sporą część będziemy musieli prowadzić, ale troszkę też sobie pojedziemy. Tymczasem...
Gdy tylko opuściliśmy asfalt, władowaliśmy się w okrutnie rozjeżdżone błoto.
Z tablic ustawionych obok szlaku dowiedzieć mogliśmy się, że "Istotą trzebieży jest sukcesywne usuwanie z drzewostanu nadmiaru drzew, głównie z powodu ich stopniowo wzrastających potrzeb życiowych. W ten sposób poprawia się warunki wzrostu i rozwoju pozostałym drzewom." Wszystko super, ale... Zabiegi takie najwyraźniej wymagają sporej ilości sprzetu, który zamienia drogi w zupę.
Taki właśnie był pierwszy etap drogi na Baranią.
Nie takie rzeczy jednak z Maryśką robiliśmy, więc... ślizgając się i walcząc z buksującymi kołami pomalutku podjeżdżaliśmy. Potem jednak zrobiło się stromo. To co w jedną stronę byłoby niesamowicie fajnym zjazdem po korzeniach, zmianiało się w wyczerpujące podejście, które skłóci kochanków, rozbije małżeństwo, poróżni braci i takie tam :) Chwilami dało się jechać, z której to możliwości skwapliwie korzystałem (mimo zakazu jazdy na terenie rezerwatu Barania Góra), ale na ogół to rower jechał na mnie. Panowie z all-mountain piszą, że szlak polecają "Tylko nie w jakiś wolny dzień, bo pewnie będzie sporo turystów." i oczywiście mają rację. Pogoda byłą w miarę ładna, więc w obie strony grzało sporo ludzi. Najgorsi byli Ci schodzący, którzy bezczelnie siali defetyzm, mówiąc, że na szczycie to tylko "kamienie, góra i nie ma gdzie jeździć".
Na górze oczywiście okazało się, że 1) jednak jest gdzie jeździć, 2) trzeba było jechać od strony Przysłopu, bo... wtedy by się jechało, a nie szło.
Na szczycie był cholerny tłum, wycieczki, grupy dzieci i inny szajs. Wszystko to hałasowało, śmieciło, komentowało rowery, jazdę po górach itp. Nie pozostało nic innego, jak ruszyć w drogę. Pojechaliśmy na północ, zielonym szlakiem, któy trawersuje wschodni stok Baraniej. Jazda była ciekawa, a z racji stromego stoku po prawej stronie ściezki, bardzo emocjonująca. Szlak doprowadził nas na Magurkę Wiślaną z której zjechaliśmy na Gawlas. Tutaj zapadła decyzja o skróceniu wycieczki. Przeziębienie Marysi dało o sobie znać i uznaliśmy, że jednak nie ma co szarżować. Zjechać postanowiliśmy żółtym szlakiem przez Cienków Wyżni i Cienków Postrzedni. Gdyby nie leśnicy, to szlak ten byłby niesamowity. Niezbyt trudny technicznie, ale baaardzo szybki. obecnie jednak, za sprawą zwózki drzewa, nawierzchnia była błotnista (delikatnie ujmując ) i z lekka śliska. Tam gdzie jednak było w miarę sucho można było troszkę się rozerwać i grzać ile fabryka dała :)
Wycieczka wyszła krótka, ale treściwa. Średnia kiepskawa przez całe to pchanie niebieskim szlakiem, ale... kogo obchodzi średnia? (pytanie retoryczne, nie odpowiadajcie)

Trasa: "Biały Potok" (Wisła Czarne) - Barania Góra (1220 m.n.p.m.) - Magurka Wiślańska (1140 m.n.p.m.) - Gawlas (1077 m.n.p.m.) - Cienkó Wyżni (957 m.n.p.m.) - Cienków Postrzedni (716 m.n.p.m.) - "Biały Potok" (Wisła Czarne)

Niebieski szlak - Kaskady Rodła na Białej Wisełce



Za cudowną nawierzchnię dziękujemy leśnikom - niebieski szlak


Sporo czasu później... rower jedzie na mnie na szczyt Baraniej Góry (już bliski)


Na szczycie


Widoczki z Baraniej Góry:
Zachód


Północ (widać Skrzyczne)


Wschód (wg. mnie to tam za drzewami Rysiankę i Romankę, ale głowy nie dam)


Południe


Zjazd z Baraniej Góry

Tu widać, jak niemiłe mogłyby być konsekwencje upadku na prawą stronę szlaku. (na żywo było bardziej stromo)






Panorama, na której Marysia wcale nie wyszła jak chłopiec :)


Na Magurce Wiślańskiej (a w tle Skrzyczne)


Marysia śmiga z Magurki Wiślańskiej...


...a tu już wjeżdża na Gawlas (w Tle Magurka Wiślańska, a głębiej Barania Góra)



Żółty szlak przez Cienków... pozdrowienia dla leśników / drwali






Niedziela - brudasy gotowe do mycia przed załadowaniem do machalasa



Myju, myju...:)


Pożegnalne spojrzenie na Skrzyczne od strony Żywca... Może następnym razem...

Rowerem w krainie smarków - dzień 1

Piątek, 26 września 2008 · Komentarze(0)
Mimo choroby, planowany wyjazd jednak doszedł do skutku i piątkowy poranek zastał nas w Wiśle. Oczywiście z rowerami.
Zaplanowałem przejazd trasą "U źródeł Wisły", opisaną na all-mountain.pl. W związku z brakiem formy (od połowy lipca do końca sierpnia nie miałem roweru), chorobą (na wyjazd jechałem z antybiotykiem) i coraz krótszymi dniami, zakładałem, że całości w jeden dzień nie objedziemy. Postanowiliśmy jednak niczego nie skracać i jechać pełną wersję od początku i ewentualnie zjechać gdzieś po drodze, by dokońćzyć pętlę w sobotę.

Z naszej kwatery w Wiśle Czarne, nad Zalewem Czerniańskim (w którym łączą się Biała i Czarna Wisełka) ruszyliśmy w stronę centrum Wisły. Kilometry leciały szybko, bo praktycznie cały czas mknęliśmy w dół (Vmax bez kręcenia korbą blisko 55km/h). W Centrum postój, napełnienie bukłaków i dalej w drogę do Wisły Jawornik. Tytaj wjechaliśmy na czarny szlak i... dostaliśmy w dupę :P Momentami brakowało sił by powalczyć z nachyleniem terenu i musieliśmy część szlaku pokonać z buta. Gdy już w pocie czoła osiągnęliśmy Przełęcz Beskidek, zrobiło się lepiej. Czerwonym szlakiem ruszyliśmy na południe. Przez Soszów Mały dojechaliśmy do schroniska na Soszowie. Tutaj szubka herbatka z cytryną, poprzedzona kąpielą błotną. Buduje się tutaj wyciąg krzesełkowy i na odcinku kilkuset metrów i rozjeżdżona przez ciężarówki nawierzchnia miała konsystencję gęstej zupy).
Ze schroniska podjazd na Soszów Wielki i dalej na Cieślar. Tutaj chwila zjazdu (czyli tego, co w górach chyba najfajniejsze) przed osiągnięciem Małego Stożka. Za Małym Stożkiem znów w dół. Niestety chwile takiej rozkoszy przychodzi później odpokutować i wytraconą wysokość znowu trzeba nadrobić. Kilkadziesiąt metów przyszło nam pchać rowery, a potem na szutrówce zmagać się ze stromym podjazdem do schroniska na Stożku Wielkim. Swoją drogą, to ciekawe, jak cholernie trudno zmotywaować się do ponownego władowania się na siodło, gdy już raz zaczęło się prowadzić. Gdyby nie mijający nas turyści, pewnie do samego schroniska wlókłbym się obok roweru, a tak wypadało trochę powalczyć... i nawet się udało :)
Na Stożku znów wypiliśmy po herbacie. Tutaj bardziej wiało, więc gorący płyn wydawał się jeszcze smaczniejszy niż ten na Soszowie (chociaż podali obleśny Earl Gray...a fe).
Wypiliśmy i ruszyliśmy dalej w drogę. Za stożkiem zmienił się charakter szlaku. Do tej pory byłą to główne dosyć szeroka droga, która, choć kamienista i stroma, byłą przejezdna dla samochodów. Od stożka zrobiło się naprawdę fajnie, bo czerowny szlak powiódł nas szlakiem prawdziwie pieszym. Na Kiczory powiódł nas niesamowity singletrack, po którym sam szczyt był nieco antyklimatyczny, bo ogołocony przez ścinkę drzew i rozjeżdzony przez ciężki sprzęt. Całe szczęście zjazd czerwonym szlakiem w kierunku Przełęczy Łączecko szybko pozwolił zapomnieć o tych niedoskonałościach. Po dordze Marysia prawie zaliczyła glebę, a ja, gdy nagle mostek obrócił mi się o 30 stopni w lewo względem koła, przekonałem się, że nie wszystkie śrubuy w rowerze mocne przykręciłęm :)
Potem też nieźle się jechało, choć przed Kubalonką zaczęły się drogi dostępne dla czterokołowców, a wraz z nimi wielkie kałuże i błoto zmuszające nieraz do opuszczania drogi i szukania drogi między drzewami. Na ostatnich metrach nawet to nie pomogło i mieliśmy powtórkę z błota na Soszowie.
Na Kubalonce wchłonęliśmy obiad i doszliśmy do wniosku, że na Baranią jednak nie dotrzemy. Tempo mieliśmy raczej średnie, więc mogłoby okazać się, że zmrok zastanie nas gdzieś na górze. Do tego zachmurzyło się nieco i zaczęło się robić zimno. Postanowiliśy jednak pojechać kawałwk dalej czerwonym. Tak też zrobiliśmy, zaliczając kolejno Dorkową Skałę, Beskidek, Stecówkę. W miejscu nad Pietraszonka, gdzie zaczyna sie czarny szlak wiodący przez Karolówkę na Przysłop przez chwilę walczyłęm z pokusą, by jeszcze troche pociągnąć w kierunku Baraniej Górzy, ale... rozsądek wygrał. Oboje zdrowo pociągaliśmy nosami, głosy z racji chrypki nam "zmężniały", a temperatura wciąż spadała. Zjechaliśmy do Czarnej Wisełki i wzdłuż jej biegu dotarliśmy z powrotem nad Zalew Czerniański.
Jak na pierwszą od dłuższego czasu solidną wycieczkę rowerową dwójki schorowanych duszyczek... było całkiem nieźle :)
A Barania została na sobotę.

Trasa: "Biały Potok" (Wisła Czarne) - Wisła (Centrum) - Wisła Jawornik) - Przełęcz Beskidek (684 m.n.p.m.) - Soszów Wielki (886 m.n.p.m.) - Cieślar (920 m.n.p.m.) - Stożek Mały (843 m.n.p.m) - Stożek Wielki (978 m.n.p.m.) - Kiczory (989 m.n.p.m.) - Przełęcz Łączecko (774 m.n.p.m.) - Przełęcz Kubalonka (761 m.n.p.m.) - Przełęcz Szarcula (760 m.n.p.m.) - Stecówka - skrzyżowanie szlaków czarnego i czerwonego nad Pietraszonką - [droga wzdłuż Czarnej Wisełki] - "Biały Potok" (Wisła Czarne)

Się rozpisałem, ale ja każdą jazdę po górach bardzo przeżywam :) Fotek też będzie sporo...

W drodze na Przełęcz Beskidek





Widok z Soszowa



W drodze ze Stożka na Kiczory




Kiczory...

... i zjazd z w/w




Podjeżdżam na Beskid (na mojej mapie jest taki szczyt, choć w necie ani słowa o nim)


Widok ze Stecówki w kierunku południowym




Nad Zalewem Czerniańskim

Spaleni słońcem?

Sobota, 6 września 2008 · Komentarze(0)
Upał straszny, więc zachciało się nam trochę po lasach pobuszować, by z cienia zalet skorzystać :)
Załadowaliśmy się do pociągu i wycieczkę właściwą zaczęliśmy w Pabianicach. Pokręciliśmy się po lasach w okolicach Terenina, Róży i Śladkowic, błądząc po leśnych drogach, ścieżkach, a czasem (często) puszczając się zupełnie na przełaj.
Powrót znów na pokładzie EN-57 z Pabianic.









Poison...


... i to samo w negatywie


To tu, to tam

Wtorek, 2 września 2008 · Komentarze(0)
Sądzę, że jak już opanuję jazdę na nowym rowerze, to powinni mi nadać uprawnienia do prowadzenia autobusu. Jazda na nim jest jak prowadzenie przegubowego Ikarusa... z dachu...
Do tego zważyłem go. Co prawda na wadze "osobowej", ale jakies pojęcie mi to dało. 15.1kg. Kloc.
Sądzę jednak, że dojdziemy do ładu, bo mimo wszystko jechało się całkiem przyjemnie. (A w słuchawkach Rosetta)

Trasa: Teo - "Dynamo" - Teo - RDG E (przez Pabiankę) - Teo

Poison

Poniedziałek, 25 sierpnia 2008 · Komentarze(0)
 Po pracy wybrałem się do p.Kasińskiego Po pracy wybrałem się do p.Kasińskiego po odbiór koła i po powrocie wreszcie skończyłem rower.
Oto ON :)




Oczywiście nie było innego wyjścia - twór musiał zostać przetestowany na choćby króciutkim odcinku. Wybrałem się na Retkinię, po drodze dokręcając śrubki i regulując wszelkie drobiazgi. Na miejscu zjadłem z Ojcem obiad u Chińczyka i wróciłem do domu.
Czuję się jak po zimie. Długa przerwa w rowerowaniu wyraźnie odbiła się na mojej formie :/

forumrowerowe.org - izerskie spotkanie

Sobota, 12 lipca 2008 · Komentarze(0)
 Dzień wcześniej dostałem sms'a od Dinsdale'a z forumrowerowe.org. Okazało się, że też zrobili sobie z dziewczyną wakacje w Szklarskiej i moglibyśmy wybrać się na wspólną "lajtową" wycieczkę.
Tak też zrobiliśmy.
Po bardzo późnym śniadaniu spotkaliśmy się na Skwerze Radiowej "Trójki" i ruszyliśmy w drogę. Trasa była zlepkiem wycieczki sobotniej i wtorkowej.
Zahaczyliśmy o kopalnię "Stanisław" odwiedziliśmy Chatkę Górzystów itp.
Pogoda kilka razy groziła załamaniem, ale nic poważniejszego z nieba nie spadło.
Najwyraźniej część trasy przebyliśmy zaraz po większym deszczu, bo szlaki były mokre i spod kół tryskały prawdziwe fontanny wody i błota.
Wycieczka nie była zbyt trudna technicznie - 95% pokonaliśmy po szutrach, ale dystans wyszedł całkiem rozsądny. Do tego towarzystwo było miłe, więc dzień należy zaliczyć do udanych. Pod sam koniec zerwałem łańcuch co, jak się okazało później, było symbolicznym zakończeniem rowerowej części wypadu do Szklarskiej. W niedzielę lało i nie zdecydowaliśmy się już na jazdę.

Ale w Izery i karkonosze jeszcze wrócimy :)

EDIT: Upomniany przez Dinsdale'a opisuję jeszcze jeden jakże ważny epizod z wycieczki: Gdy wróciliśmy do Szklarskiej i wdaliśmy sie w intelektualnie stymulującą dyskusję nt. przebojów z wiejskich dyskotek i z podrasowanych fur, zaobserwowaliśmy lokalnego macho-twardziela na dzielnej maszynie (superkmarketowy full z V-brake'ami i przykreconymi dla szpanu tarczami hamulcowymi) pokazującego "triki" na szosie. Jeździł w kółko po centrum (od drogi na Świeradów, przystanek PKP i kawałek w stronę wyciągu) i w najbardziej zatłoczonych miejscach efektownie hamował, unosząc tylne koło. Oczywiście nasza reakcja mogła być tylko jedna: Pania zapewne skrycie zachciały mieć z nim dzieci, a ja z Michałem zapragnęliśmy być jak On. Niestety nie staliśmy sie tacy jak On, a i z tego dziecka też nic nie wyszło.
Może nastepnym razem.

Trasa: Trasa: Stanica Górska - Skwer Radiowej "Trójki" - PKP Szkl.Por. Górna - Kopalnia "Stanisław" - Rozdroże pod Cichą Równią - Jagnięcy Jar - [rowerowa trasa 13] - [niebieski szlak] - Chatka Górzystów - Orle - turystyczne przejście graniczne Polana Jakuszycka/Harachov - Rozdroże pod Działem Izerskim - Jakuszyce - Bagnisko - Huta Julia - Rozdroże pod Kamieńczykiem - "Bornit" - Kościół p.w. Św. Maksymiliana Kolbe -Skwer Radiowej "Trójki" - Stanica Górska

Panie na podjeździe


Cała nasza wesołą gromadka na terenie Kopalni "Stanisław". Od lewej: ja, Marysia, Renia, Michał (Dinsdale)




Przed Chatką Górzystów


"Niezależny" pies z Chatki Górzystów. Ten bydlak nasikał mi na przednie koło :/


Na Hali Izerskiej


Izera i spojrzenie na czeski brzeg


Orle


Pod górę, w kierunku Jakuszyc




A tu już cała ekipa.


Dinsdale prowadzi "rowerowy harem" szlakiem do Szklarskiej Poręby :)


Panie na Kruczych Skałach. Jak widać Marysia zabrała na pamiątkę sporo izerkich szlaków na plecach.


Mój umęczony łańcuch. Ostatni mocny akcent na zakońćzenie rowerowania w górach.

"Wszystko przebiega zgodnie z planem, czyli szczytami Wysokiego Grzbietu"

Piątek, 11 lipca 2008 · Komentarze(0)
Jak w tytule - tego dnia pogoda dopisała i udało się przejechać całą zaplanowaną przeze mnie trasę. Tu i ówdzie pojawiały się chmury, trochę pomżyło, ale dzień był bardzo udany.
Zaczęliśmy od przejazdu przez centrum Szklarskiej a dalej, mijając Domek Wesołych Kolejorzy wbiliśmy się na trasę rowerową numer 2, która wzdłuż nieczynnego toru kolejowego doprowadziła nas do Jakuszyc. Stamtąd, zaliczając "Samolot" (i wspinając się na wys. ok. 960 m.n.p.m.), pojechaliśmy do Orla. Zjazd do Orla urozmaiciliśmy opuszczając na chwilę szutrówkę i jadąc ścinającym jej łuki czerwonym szlakiem. Zmarnowaliśmy na to sporo czasu, bo odcinek ten był stromy, kamienisty i wymagający technicznie, ale warto było.
Potem, nie zatrzmując się w Orlu, pojechaliśmy przez Halę Izerską do Chatki Górzystów, gdzie uzupełniliśmy płyny.
Zaraz za Chatką wjechaliśmy na zółty szlak pieszy, który zaprowadzić miał nas aż na Stóg Izerski. Najpierw toczyliśmy sie typową dla Izerów szutrówką, ale po jakimś czasie opuściliśmy ją i brzegiem Izerskiego Bagna dojechaliśmy do granicy. Tutaj zaczęło się błoto, które było zapowiedzią tego, co miało nas później czekać.
Wąską ścieżka wśród jagód wspięliśmy się na Suchacz (917 m.n.p.m). Tutaj pojawiła się znowu droga, ale kamienista i mocno naznaczona przez niedawne deszcze. Szybko jednak opuściliśmy ją i zaczęliśmy wspinaczkę na przełęcz Łącznik. Ostatnie 1.5km było tragiczne. W stromych miejscach szlak był zniszczony przez spływającą wodę (nawet trudno mówić o ścieżce. Bardziej wyglądało to jak wyschnięte koryto potoku), a w płaskich miejscach było grząskie bagno, w którym rower zapadał się nieraz aż po osie. Po drodze zaliczyłem glebę i trochę pokaleczyłem nogę.
Po tym wszystkim szutry na Przełęczy Łącznik (1066 m.n.p.m.) powitaliśmy z radością, a ostatni odcinek kamienistą ścieżką na szczyt Stogu Izerskiego wydawał się być prawie autostradą.
Postój zrobiliśmy sobie w schronisku pod szczytem. Zamówiliśmy obiad w cenie typowo schroniskowej i zasiadłszy przy stolikach na zewnątrz cieszyliśmy się widokiem na Świeradów. Gdy się odżywialiśmy, pod schronisko zaczęli przybywać kolejni rowerzyści. Było na co popatrzeć - prawie wszyscy na fullach. Santa Cruz'y (w tym minimum dwa Nomady), Spece, Cannondale, Ghost'y, Poisony, a do tego Foxy 36 i 32, Marcoki 55, AM, RS Pike'i, Lefty i inne cudeńka. Byli to forumowicze z emtb.pl, którzy zrobili sobie zlot w Izerach. Niektórych znałem z forumrowerowe.org (na 100% byli: tobo, Thor07, ATT, Mentos, KondiKona i Szczavik). Zamieniłem z nimi kilka słów i ruszyliśmy z Marysią w drogę.
Wybraliśmy czerwony szlak: "Główny Szlak Sudecki im. dr Mieczysława Orłowicza". Powiódł nas on przez Świeradowiec (1002 m.n.p.m.) do dawnej osady Drwale (967 m.n.p.m) na Polanie Izerskiej (tu łatanie dętki w kole Marysi). Stąd, dalej czerwonym szlakiem udaliśmy się przez Podmokłą (1001 m.n.p.m), Szerzawę (975 m.n.p.m.) i Rudy Grzbiet (945 m.n.p.m) na Mokrą Przełęcz (940 m.n.p.m). Kilka z tych nazw dobrze oddaje charakter szlaku, który prowadzi przez charakterystyczne dla Izerów torfowiska i bagna. Tempo jazdy było... "piesze", ale szlak był ciekawy. Marysia zaliczyła po drodze glebę połaczoną z kąpielą błotną (ponoć kąpiele takie dobrze na urodę robią, ale czemu zmoczyła akurat tyłek?)
Z Mokrej Przełęczy zaczął się podjazd. Niby już szutrem (choć zniszczonym przez wodę), niby wreszcie suchym, ale... to nadal podjazd i to do tego z przewyższeniem około 180m. Nagrodą był widokl z Sinych Skałek (1122 m.n.p.m.) na sporą część Wysokiego Grzbietu, łącznie ze Stogiem Izerskim i (chyba) czeskim Smerkiem. Dalej dojazd pod szczyt Przedniej Kopy, prawie na szczyt Wysokiej Kopy (bo szlak zgubiłem) i wreszcie trudny zjazd czerwonym szlakiem do Szkalrskiej Drogi.
Potem już Rozdroże pod Cichą Równią i zjazd Dolnym Duktem Końskiej Jamy do Jakuszyc i powrót tą samą drogą co rano - wzdłuż nieczynnych torów.
Do domu dotarliśmy na chwilę przed deszczem. Chwilę później i przemoklibyśmy do suchej nitki.

Trasa: Stanica Górska - Domek Wesołych Kolejorzy - Bagnisko - Jakuszyce - "Samolot" - Orle - Chatka Górzystów - [Droga Borowinowa] - Izerskie Bagno - Suchacz (917 m.n.p.m.) - Przeł. Łącznik (1066 m.n.p.m.) - Stóg Izerski (1107 m.n.p.m.) - Świeradowiec (1002 m.n.p.m.) - Polana Izerska - Podmokła (1001 m.n.p.m.) - Szerzawa (975 m.n.p.m.) - Rudy Grzbiet (945 m.n.p.m.) - Mokra Przełęcz (940 m.n.p.m.) - Rozdroże pod Kopą - Sine Skałki (1122 m.n.p.m) - [Szklarska Droga] - Rozdroże pod Cichą Równią (943 m.n.p.m.) - [Dolny Dukt Końskiej Jamy - Jakuszyce - Bagnisko - Huta Julia - centrum - Stanica Górska

Sielska jazda szutrówką wzdłuż Bagniska


Na "Samolocie"


Opuszczamy szutrówkę, by...


...posmakować bardziej "górskiej" jazdy


Hala Izerska w pełnej okazałości


Jedziemy :)


W drodze na Przełęcz Łącznik


Tutaj leżałem :)


Izerskie błota: Jechałem, jechałem i nagle się zapadł.


Poniżej Przełęczy Łącznik. Wreszcie da się normalnie jechać.


Ostatnie metry przed szczytem Stogu Izerskiego (gdzieś w głębi widać Marysię jak walczy z kolejnymi "emenpeemami")


Maszt na Stogu Izerskim


Niektóre rowery forumowiczów z emtb.pl przy schronisku pod Stogiem Izerskim. Zdjęcie nie moje, ale chyba nikt się nie obrazi, zwłąszcza, że pod YETI'm załapał się na fotę też rower Marysi


Czerwony szlak im. Orłowicza. Jakiś nietypowo suchy kawałek, bo na bagnistych nie chciało mi się zatrzymywać na foto


j.w.


Widok z Sinych Skałek w kierunku zachodnim. Widać m.in Stóg Izerski


Marysia na Sinych Skałkach. Uśmiech na twarzy, bo wie, że teraz będzie już tylko w dół.


W drodze na Przednią Kopę. Widać Kopalnię "Stanisław" i Izerskie Garby a dalej Karkonosze.


Czerwony szlak poniżej Wysokiej Kopy. Tu jeszcze łatwo i miło. Potem było trudno i miło :)


Opuszczone zabudowania poniżej Spłąwnej. Pędem do domu, bo burza depcze nam po piętach.


Ulewa, któa nas goniła, widziana na szczęście z ciepłego pokoju :)

Krótko, ale treściwie.

Czwartek, 10 lipca 2008 · Komentarze(0)
Środa o poranku zapowiadała się niezbyt dobrze, więc daliśmy sobie spokój z rowerami. Jak się okazało niepotrzebnie, bo w sumie tylko torchę pomżyło. W czwartek natomiast lało już solidnie. Dopiero wieczorem wyszło słońce. W ziwązku z tym koło 19-tej wyskoczyliśmy na chwilę na rower. Szybki zjazd do centrum, a potem całkiem masakryczny asfaltowy podjazd do kościoła p.w. Św. Maksymiliana Kolbe. Dalej hotel "Bornit", Krucze Skały i dojazd do Rozdroża pod Kamieńczykiem. Potem zjazd czarnym szlakiem doliną Kamieńczyka do dolnej stacji wyciągu na Szrenicę i szybka przesiadka na żółty szlak wiodący w stronę Śnieżnych Kotłów. Nim dojechaliśmy do rowerowej "piątki", a nią do niebieskiego szlaku wiodącego Czeską Ścieżką do Drogi pod Reglami. Potem już do domu. Wypad krótki, ale urozmaicony i wymagający technicznie - czarny szlak w dolinie Kamieńczyka i Czeska Ścieżka to naprawdę ciekawe odcinki.

Na Kruczych Skałach


Zjazd z Kruczych Skał


Kilka fotek z czarnego szlaku w Dolinie Kamieńczyka