Miastowo, obiadowo

Wtorek, 10 lipca 2012 · Komentarze(0)
Na obiad do Ojca.
A ponieważ taki wpis byłby nad wyraz nieciekawy, to dorzucę jeszcze to:

Kolega Siwy lubi lansować się, gdzie tylko się da, to nie przepuścił okazji by wrzucić mojego autorstwa zdjęcie siebie na portal bikeBoard'u. Fotka najwyraźniej się spodobała i nawet trafiła do druku w lipcowym numerze. W rozmiarze znaczka pocztowego, ale zawsze.





Zapraszam też do lektury wpisu z wycieczki, z której pochodzi wydrukowana fotka.

Sos jagodowy

Niedziela, 8 lipca 2012 · Komentarze(0)
2012-07-08 47,54  Wybrałem się solo na rower, by w spokoju, z muzyczką w uszach, zobaczyć dwa najnowsze łódzkie murale. Na pierwszy ogień poszło dzieło Przemysława Blejzyka "Sainer" z Etam Cru na Uniwersyteckiej. Mural jest częścią jego pracy dyplomowej na ASP.



Potem pojechałem na Wojska Polskiego 82, żeby uwiecznić mural Australijczyka o polskich korzeniach - twórcy o pseudonimie Shida.



Mural jest na ścianie przylegającej do miejsca znanego jako "Kuźnia Romów".
W czasie II Wojny Światowej istniał w tym rejonie wyodrębniony z łódzkiego getta obóz cygański.
Obecnie przy Wojska Polskiego znajduje się miejsce upamiętniające zagładę Romów.




Z racji swojego położenia mural z Wojska Polskiego zyskał trochę przedziwnego rozgłosu, bo jeden ze "światłych" łódzkich radnych dopatrzył się na nim smoka ziejącego ogniem prosto w starą kuźnię. Uznał, że to znieważenie pamięci zabitych Romów...
Cóż... Z powodu porównywalnego rozmiarami napisu chwalącego jeden z łódzkich klubów, znajdującego się na ścianie naprzeciwko jakoś nie protestował...

Osobiście uważam, że to głupota. Łódzkie getto obejmowało sporą część starych Bałut i to nie jest powód, by już na zawsze było tam szaro i brzydko...

Ale starczy dygresji - na rower poszłem. Z Wojska Polskiego pojechałem do Lasu Łagiewnickiego, gdzie spotkałem się z Małą Marysią i z Dużą Marysią i już z nimi zaliczyłem niebieski szlak, piwko w Modrzewiaku i dwa zjazdy na jagodach. Na "szosówce" mają zupełnie odmienny urok :)

Audio na niedzielę: YACHT :)
<object width="425" height="350"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/itZ8d-1BN8o"> <embed src="http://www.youtube.com/v/itZ8d-1BN8o" type="application/x-shockwave-flash" wmode="transparent" width="425" height="350"></embed></object><br>
A i jeszcze jedno. Pisałem o tym we wpisie z soboty, ale warto to podkreślić:
MAM NOWY WIDELEC!

Rychlebskie ścieki :)

Niedziela, 1 lipca 2012 · Komentarze(0)
Z Wałbrzycha do Cernej Vody jest zaledwie rzut beretem (musiałby to być beret o napędzie rakietowym, ale zawsze...), więc władowaliśmy się we czwórkę w auto i wybraliśmy się na Rychlebské Stezky. Upał okropny, więc podjazd zabijał, ale trasa super to i jazda miła.

Tym razem nie było kamerki, a aparat został w aucie. W efekcie zero zdjęć.

W ramach wspierania wspaniałego przedsięwzięcia jakim są Rychlesbske Stezky, zakupiliśmy w Infocentrum RS takąż oto koszulkę.


Poprzednio kupiliśmy naklejkę na klapę bagażnika (jak zobaczycie w trasie białego Yarisa z naklejka RS na klapie, to My:)), więc wspieramy regularnie :)

Norsk eventyr i Walbrzych

Sobota, 30 czerwca 2012 · Komentarze(0)
Na zaproszenie Tomka (vel Tobo), w piątek po robocie, wyjechaliśmy do Wałbrzycha. Na miejscu byliśmy coś koło północy i do czwartej dłubaliśmy przy rowerach (Tomek przywiózł z Norwegii dwa pomarańczowe Z1 RC2 ETA, które chcieliśmy z Siwym koniecznie zamontować zaraz do swoich rowerów), piliśmy piwo i śmialiśmy się do rozpuku (Siwy okazał się tego wieczora duszą towarzystwa).
W sobotę rano, będąc w stanie mocno niewyspanem, ruszyliśmy w drogę i prowadzeni przez Tomka jeździliśmy po Górach Sowich. Nasz gospodarz miał dosyć ambitny plan, ale z racji upału nie daliśmy mu go zrealizować i dotarliśmy jedynie do schroniska "Orzeł" pod Wielką Sową.
Potem powrót do domu przez Głuszycę, w której to największą atrakcją był dla mnie klimatyzowany sklep spożywczy :)













Setka do obiadu

Niedziela, 17 czerwca 2012 · Komentarze(0)
Czteroosobowa (ja, Marysia, Siwy i Mateusz), szosowa wycieczka na obiad. Miało być trochę bliżej, a wyszło trochę dalej (i momentami trochę szybciej).
Na szczęście olbrzymie porcje smacznego żarła w Kruszowie pozwoliły zregenerować się po drodze "tam" i nabrać siły na drogę "z powrotem".
Na zakończenie jeszcze piwko "u Józka".



Porcje były takie duże, że tym, czego nie udało nam się zjeść najadłyby się pewnie jeszcze ze dwie osoby.

Zdjęcia wyżery przed tym, jak się do niej dorwaliśmy są u Mateusza, więc nie będę dublował.

W drodze powrotnej spotkaliśmy przemiłego pieska, którego prawie spakowaliśmy do plecaka, by zabrać go do domu.






No prawie... ale niezupełnie...

Sobota, 16 czerwca 2012 · Komentarze(0)
Miało być "coś", ale okazało się w trakcie jazdy, że rower po ostatnim wyjeździe wymaga dokręcenia kilku śrubek. Wobec tego wyszło raczej "nic".

<object width="425" height="350"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/TA3VwvMOvrM"> <embed src="http://www.youtube.com/v/TA3VwvMOvrM" type="application/x-shockwave-flash" wmode="transparent" width="425" height="350"></embed></object>

Powrót na Rychlebské stezky

Sobota, 9 czerwca 2012 · Komentarze(0)
Rano nasi towarzysze (i jedna towarzyszka) wyjechali do domu i w Miedzygórzu zostałem tylko z Marysią. Ponieważ dwie osoby z rowerami na luzie wchodzą do naszego samochodu, to wybraliśmy się na Rychlebskie Ścieżki.
Kolejna (pierwszy raz byliśmy w 2010r.) wizyta, więc tym razem wiemy już co, gdzie i jak, zatem nie marnujemy czasu na szukanie początku traski, nie błądzimy po wsi w poszukiwaniu parkingu, a sama jazda płynna, miła, przyjemna i praktycznie bez postojów.
Podjechaliśmy szlakiem im. dr Wiessnera, potem Wales, Proklety, Tajemny, Mramrovy i Sjesdy.
Wyruszyliśmy trochę za późno, więc nie starczyło czasu ani na nowy fragment nad Czarnym Potokiem, ani na kolejną pętelkę po szlakach pod Sokolim Wierchem, ale i tak było zajebiście.

Niektóre zdjęcia to stop-klatki z kamerki, bo postojów na zdjęcia za bardzo nie było.

<object width="425" height="350"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/0NqyAchr8yM"> <embed src="http://www.youtube.com/v/0NqyAchr8yM" type="application/x-shockwave-flash" wmode="transparent" width="425" height="350"></embed></object><br>










Foto dej Międzygórze

Piątek, 8 czerwca 2012 · Komentarze(0)
To był ostatni dzień na jazdę w większej grupie, bo nasi towarzysze jutro mieli wracać.
Tymczasem ja w góry nie pojechałem.
Tak. Ten dystans to nie pomyłka. Właśnie tyle przejechałem. Rano kostka była nieco mniejsza niż wczoraj, ale bolała znacznie bardziej - to bardzo kiepski początek dnia, gdy na poranne szczanie trzeba skakać do kibla na jednej nodze.
W związku z takim rozwojem sytuacji, zrezygnowałem z jazdy. Radosnej grupce (w składzie (Izka, Marcin i Mateusz) opisałem traskę, która mogą zrobić, a ja z Marysią spędziliśmy dzień jak panbuk przykazał, czyli zwiedzając na butach park zdrojowy w Długopolu Zdroju.
Potem jednak telefon od Siwego - znaleźli gdzieś w Międzygórzu traskę zbudowaną przez miejscowe dzieciaki i potrzebowali jeszcze jednego aparatu, by udokumentować swoje przejazdy/przeloty (pewnie dla ubezpieczyciela, w razie wypadku :))

Ponieważ był to ostatni dzień, gdy byliśmy w Międzygórzu w piątkę, to najwyższa pora zamieścić filmik podsumowujący dotychczasowe "dokonania"

<object width="425" height="350"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/mUpikUauXqE"></object><iframe width="853" height="480" src="https://www.youtube.com/embed/mUpikUauXqE" frameborder="0" allowfullscreen="">Muzyka: Lorenzo's Music - "Indian Summer"

A teraz piątkowe foty (w większości robione serią, więc jakość taka sobie):














Ja za bardzo sobie nie pojeździłem. Głównie siedziałem :/




Ale chociaż przelansowałem się na kładce :)


A poza tym, to był tam lokalny dzieciak na co najmniej 20-kilowym markeciaku i... wymiatał, zawstydzając nas wszystkich.

Mały Śnieżnik i Goworek, czyli kontuzyjna porażka nizinnego górala.

Czwartek, 7 czerwca 2012 · Komentarze(0)
Plan był prosty - powtórzyć trasę, którą przejechałem z Marysią w 2009 roku. Plan ten chciałem zrealizować mimo kontuzjowanej dzień wcześniej kostki, która przez noc urosła do dosyć pokaźnych rozmiarów i mocno dawała o sobie znać.
Ruszyliśmy i dzielnie wspięliśmy się do schroniska "Pod Śnieżnikiem".
Jechaliśmy pod górę znów niebieskim szutrem i niektórzy nudzili się tak mocno, że aż ziewali.


W schronisku herbatka i dalej w drogę. Najpierw szlakiem niebiesko-zielonym, który jest lajtowy i w sam raz na moje zbolałe nogi. Niestety, gdy zielony zaczął nabierać wysokości, by ostatecznie wspiąć się na Mały Śnieżnik, dla mnie zaczęły się schody. Tu i ówdzie szło powalczyć...

.. ale generalnie przez rozwaloną kostkę wjechałem mniej niż kiedyś :(
Całe szczęście, na niektórych odcinkach, szlak był w stanie spieszyć nie tylko mnie, więc jakąś pociechę miałem.


Po dotarciu na grań szlak jest fajnym, najeżonym kamieniami (wszelkiego rodzaju - od małych jak pieść, po sprzęt RTV, a nawet AGD) singlem. Fajnie, ale nie z tą kostką. Prowadziłem więc więcej niż bym chciał, ale reszta grupy bawiła się chyba przednio.

Było ładnie,...


...była jazda,...








...były jakieś pierwsze gleby Siwego (nic mu się nie stało - miał spadochron),...


...i byłą nawet chwila zadumy :)


I tak się miło toczyliśmy, by wreszcie dotrzeć do pewnego niesławnego miejsca z dużym głazem. Punkt to dosyć charakterystyczny i znany wszystkim, którzy mieli okazję przemierzyć ten szlak.


Bąknąłem coś, że w necie krążą filmiki, jak podczas zlotu emtb.pl kilka lat temu, za zjechanie odcinka poniżej głazu były brawa (dowód: ten filmik i kilka następnych), więc ekipa się spięła i...

Siwy przymierzył się raz, drugi, dojechał do połowy, powiedział, że było mało płynnie, a potem pierdyknął całość bez jednego zająknięcia.

Dostał brawa.

Mateusz usiadł, podumał...

...a potem zjechał prawie nie wstając z siodła :)


Marysia zawstydziła wszystkich - przejechała całość prawie z biegu, w pierwszym podejściu.




A ja... przymierzyłem się raz, drugi a potem gdzieś podparłem się robitą nogą. Zabolało. Wkurwiłem się, rzuciłem rowerem w jagody, a potem z podwiniętym ogonem pokonałem ten kawałek kuśtykając i prowadząc rower obok siebie :/
Zjadę następnym razem :)

Kawałek dalej zjazd był już raczej lajtowy i mogłem wsiąść na rower, ale darowałem sobie eksperymenty z lotami, jakie przeprowadzali Marcin z Mateuszem na Przełęczy Puchacza.





Na przełęczy postanowiłem, ze wracam do domu. Pchanie się z bolącą nogą dalej zielonym szlakiem nie miało sensu. Opisałem grupie dalsza trasę, dałem mapę i pobłogosławiłem na drogę. Marysia postanowiła, że będzie mi towarzyszyć i razem pojechaliśmy do Międzygórza żółtym szlakiem, na którym momentami widoki ładne są...

...i którego końcówka, nad samym Międzygórzem dostarcza sporo radości.

Żałuję, że nie dane mi było odwiedzić tym razem Trójmorskiego Wierchu, bo ze znajdującej się tam wieży widokowej widoki były tego dnia zajebiste (a jak byliśmy tam w 2009 roku, to wieża dopiero się budowała).
Cóż... następnym razem...

Pechowa zieleń - zielony szlak ze Śnieżnika

Środa, 6 czerwca 2012 · Komentarze(0)
We wtorek lało, więc mieliśmy siłą rzeczy dzień odpoczynku. Całe szczęście w środę zrobiło się znośnie i można było bryknąć w góry.
Zaczęliśmy klasycznie, czyli od podjazdu. Nieznakowanymi stokówkami wdrapaliśmy się do schroniska "Na Śnieżniku".
Po drodze mała przerwa na lans w strumieniu.








W schronisku wyżerka...


...a potem atak na szczyt.





Ja z Siwym walczyliśmy trochę bardziej z przodu i trochę bardziej w siodle, ale to dlatego, że się jakaś wycieczka napatoczyła i trzeba było się pokazać :)

Na samej górze, na ruinach wieży widokowej było pozowanie do słit fotek...


...i przygotowania do zjazdu, świetnym ponoć, zielonym szlakiem.


W końcu ruszyliśmy. Najpierw był sympatyczny singielek po praktycznie płaskiej kopule szczytowej...




...a potem zrobiło się stromo i zaczęła się zabawa.












Czasem zabawa była taka dobra, że aż nie chciało się bawić samemu :)



Miejscami stromizna malała i robiło się malowniczo.


A potem znowu robił się nakurwing :)


I wszystko było super, do momentu, gdy Mateuszowi coś nagle strzyknęło w kostce (starość pewnie Mu strzyknęła) i jazda się skończyła.
Zmusiło nas to do opuszczenia zielonego szlaku i awaryjnego zjazdu do najbliższego asfaltu. Wybrałem żółty szlak, który na mapie wyglądał jak szeroka droga, a w rzeczywistości był w sporej części taki:


Do zjechania oczywiście, ale niekoniecznie z niesprawną nogą. Całe szczęście dla Mateusza nie ma rzeczy niemożliwych - zjechał całość z jedną noga niewpiętą, fajtającą gdzieś na boku w powietrzu. Ja też zjechałem, ale pod koniec trochę się przeliczyłem i zaliczyłem piękny lot przez kierownicę.
nawet film mam :)

<object width="425" height="350"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/duATF4WZvT4"> <embed src="http://www.youtube.com/v/duATF4WZvT4" type="application/x-shockwave-flash" wmode="transparent" width="425" height="350"></embed></object><br>Zrobiłem w powietrzu śrubę porysowałem kierę, mostek, grzmotnąłem o kamienie nogą i plecami i ogólnie się wkurwiłem. No bo jak to jest, że pieprzony kuternoga zjechał, a ja nie! :) Na zdjęciu powyżej właśnie zbieram się z ziemi i oceniam straty w sprzęcie i dzielę się z grupą wkurwem swym.

Kawałek niżej zaczął się asfalt i grupka nasza podzieliła się.
Mateusz miał poczekać, a my, najkrótszą droga przez góry pojechać mieliśmy do kwatery i wrócić po Niego samochodem. Do domu było jakieś 11km i kilkaset metrów przewyższenia na Przełęcz Śnieżnicką. Wdrapaliśmy się w pocie czoła,



...aby potem zjechać nudnym szutrem, bo tak najszybciej.
Na kwaterze cap za telefon, a tu Mateusz mówi, że właśnie dojeżdża do Miedzygórza. Skubany! W czasie gdy my gramoliliśmy się przez góry, On pyknął jakieś 40km asfaltem i też prawie dojechał. Koks jeden :)

Wieczorem piwko, pizza i jak się okazało dwóch kulawych - Mateusz i Ja.
Moja kostka po glebie też nie sprawowała się najlepiej. Spuchła i w najbliższych dniach miała sprawić jeszcze niejeden kłopot. Ale... o tym już we wpisie z kolejnego dnia.