Rossbrand

Sobota, 15 sierpnia 2026 · Komentarze(1)
Ostatni dzień austriackich wakacji i ostania wycieczka rowerowa. 
Problem z Austrią (a przynajmniej w rejonie, który odwiedziliśmy) jest taki, że choć teoretycznie jest tu pełno szlaków rowerowych, to znakomita większość z nich prowadzi szosami, bądź leśnymi drogami. Jesli chce się pośmigać po czymś innym, trzeba udać się do bikeparków. Jazda poza wyznaczonymi szlakami rowerowymi jest w górach zakazana. Trudno zrobić trasę naprawdę pod rower górski. Przydają się górskie przełożenia, ale technicznie, to znakomita większość jest do zrobienia na gravelu. 
Dzisjsza trasa też traka była. Z Filzmoos wjechaliśmy wyciągiem Papagenobahn na wysokość 1591mnpm. Nauczopny wcześniejszym doświadczeniem, nawet nie próbowałem namówić córki na podjazd "w siodle". 
Stamtąd pojechaliśmy na szczyt Rossbrand (1770mnpm). Wśród okolicznych olbrzymów nie wyróżnia się on stanowczo wysokością, ale roztacza się z niego piękny widok na liczne, mniej lub bardziej odległe szczyty (ponoć koło 150). Po drodze na szczyt zaliczyliśmy postój w Karhütte am Rossbrand, gdzie mieli kibel z najlepszym widokiem, jaki mógłbym sobie wyobrazić :)  Wielkim odkryciem wyjazdu była dla mnie serwowana we wszystkich schroniskach i gospodach maślanka z owocami. Podają ją zimną, w kuflach i w takie upalne dni świetnie chłodzi oraz zaspokaja pragnienie i głód. 
Karhütte am Rossbrand - najlepszy widok z kibla ever

Rowerowy parking przy Karhütte am Rossbrand

Sam szczyt Rossbrand z charakterystycznym krzyżem, rzeczywiście bardzo widokowy.
Krzyż na szczycie Rossbrand (1770mnpm)

Dzieciątko chłonie widoki.

Ma Rossbrand też jeszcze inną zaletę - wolno z niego zjechać na wschód czymś, co przez chwilę nie jest szuterkiem :) Odcinek ten ma gdzieś 900metrów, ale i tak jest miłą odmianą.
Nareszcie nie tylko szutrowe autostrady.

Moi vel Ja. Początek zjazdu z Rossbrand

Jaśniemałżonka zjeżdża z Rossbrand

Delektując się cennymi 900 metrami, które nie były szutrową autostradą

Potem wraca się już do austriackiej codzienności, czyli do takich "autostrad".
Jasniepanie i wieża nadajnikowa poniżej sczytu Rossbrand.

Czymś takim zjechaliśmy aż na 960mnpm, czyli prawie 800 metrów w pionie i przyznam szczerze, na takich drogach jest to dużo bardziej przerażające niż jazda większością górskich szlaków. Dość powiedzieć, że dawno już tak nie przypiekłem tarcz, jak podczas tego zjazdu.

Na koniec podjechaliśmy jeszcze do malutkiego zalewu, w którym potoki Warme Mandling i Kalte Mandling łączą się, by dalej popłynąć już jako Mandlingbach. Tu mieliśmy okazję zrobić coś, co uwielbiałem jako dziecko, czyli przejechać rowerem przez strumień :)
Forsowanie przeszkody wodnej

Stamtąd już kawałek delikatnie pod górę i już byliśmy z powrotem w Filzmoos. Ja znów musiałem wrócić autem (tym razem z córką, której już się nie chciało jeździć), a Jaśniemałżonka znów wróciła do Eben rowerem, dobijając sobie dodatkowe 12km zjazdu.

Komentarze (1)

Widoki zacne :)

szczypiorizka 11:17 niedziela, 23 sierpnia 2026
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!